O polityce i nie tylko...


Przeprowadzka
Przez ponad rok użerałem się z interfejsem użytkownika, wymagającym znajomości języka HTML. Ustawiałem szablon, kolory, godzinami grzebałem w ustawieniach. Czasem się bawiłem, czasem po prostu trafiał mnie szlag, gdy efekt moich działań okazywał się słaby albo gdy go w ogóle nie było. Co do tego ostatniego przypadku - użytkownicy innych przeglądarek niż IE, próbujący dodać komentarz do ktorejkolwiek z moich notek, narażeni są na ból oczu, zez rozbieżny, zmęczenie wzroku, problem z odbiorem tekstu czy po prostu atak złości skierowany przeciwko autorowi - mnie.
Ja, jako osobnik nie mający projektowania stron WWW w małym palcu, kombinowałem jak koń pod górę, ale jednocześnie po cichu nosiłem się z myślą zmiany platformy blogowej. Z drugiej strony, nie chciałem pozbywać się tych wszystkich notek, gdyż blog.pl nie ma jeszcze opcji zapisu całego archiwum z komentarzami w formie pliku tekstowego czy migracji. A może o czymś nie wiem? Mniejsza z tym, znając życie musiałbym pewnie głowić się godzinami, jak poprawnie wykonać tą opcję.
Ale do rzeczy; przeskoczyłem wreszcie na
wordpress. W tym miejscu dziękuję userowi podpisującemu się jako Laudate, gdyż to on mi polecił ten portal. Już widzę, że wygląda to lepiej i jest łatwiejsze w obsłudze.
Adminom serwisu blog.pl zostawiam to pod rozwagę.

Z tego adresu nie zrezygnuję, po prostu zostawię go sobie "awaryjnie", gdy (dopuszczam taki rozwój wydarzeń) nie będę chciał wrzucać jednego dnia dwóch lub więcej wpisów, a będzie co opisywać. Niemniej, w trosce o oczy i nerwy zagladających na tą stronę ludzi, będę ich rzadziej nękał na blog.pl, przynajmniej do momentu rozwiązania problemu z rozjeżdżającą się na pelną szerokość ekranu czcionką. Ten portal pozostanie także domem akcji "stop art. 196 KK" - kolejny powód, by coś pod tym adresem jednak było. Tymczasem zapraszam w moje nowe internetowe progi, gdzie w tej chwili (18:08) szykuję kolejną porcję szpilek do wbicia w nadęte balony ludzkiej ignorancji. Do miłego!

PS. Racjonaliści wciąż toczą boje z prokuraturą w Białymstoku, która najwyraźniej nie widzi nic dziwnego w tym, iż kawałek ludzkiego serca znalazł się na hostii. Nadmieniam, iż nie jest to kawałek naskórka czy włosa, ktory ot tak sobie może wypaść. Teraz poszło odwołanie do wyższej instancji. Popieram akcję z całego serca, bo chociaż współczuję kondycji finansowej małej i podupadłej mieścinie na ścianie wschodniej, jaką jest Sokółka, to jednak uważam, iż są mniej makabryczne sposoby na podratowanie owej mieściny niż umieszczanie na hostii kawałka tkanki, która równie dobrze może pochodzić od zwłok lub z zabójstwa i nabijanie kabzy na mąceniu ludziom w głowach. A poza tym równie dobrze może to być uznane za bezczeszczenie hostii i kpinę z chrześcijaństwa ("ciało Chrystusa") - zgadnijcie, drodzy Państwo, pod jaki paragraf podpada to ostatnie???
I tym szyderczym akcentem macham na do widzenia obu stronom "bitwy o Sokółkę".

Tagi: religia, autor, incydent, stop art. 196 kk, sokółka
frustratorium 2009-10-26 18:17:53
A jakie jest TWOJE zdanie? skomentuj (0)
Przerwa w obowiązkach
Doprawdy, oderwanie Jarosława Kaczyńskiego od rzeczywistości i jego hipokryzja nie przestaje mnie zadziwiać. Przyznaję, sam już nie wiem, czy ten człowiek cynicznie ciśnie kit w żywe oczy ludziom, czy też jednak naprawdę wierzy w swe słowa i łudzi się, że jego marzenie stanie się prawdą. Pomimo robienia wszystkiego, by tak się nie stało.
Zacznijmy od dokumentów w sprawie tzw. "tarczy antykorupcyjnej", którą Mariusz Kamiński miał otoczyć Stocznie. On mówi, że nic takiego nie miało miejsca. Potem, że mu rząd czegoś takiego nie zlecał. Minister Cichocki (który już raz swoim tubalnym głosem wyjaśnił, że Kamiński zwyczajnie kłamie), tym razem wskazał na dokumenty (SPRZED ROKU), które nakazują szefowi CBA przyjrzeć się prywatyzacji polskiego przemysłu stoczniowego. Ba, sam szef CBA opisał takie działania w rocznym raporcie z działalności swej służby. Własnoręcznie sporządzonym. W tym miejscu ręce opadają, bo ciężko uwierzyć w to, że ktoś może w tak żenujący i prosty, by nie napisać prostacki, sposób wyłożyć się publicznie na własnych oskarżeniach. No chyba że Centralnym Biurem Antykorupcyjnym kierował dyletant, ktory nawet nie wie, co pisze i podpisuje. Przy czym Kamiński o wynikach własnej pracy (które tak szumnie i kwieciście opisywal w mediach) nie raczył poinformować swego przełożonego.
Natomiast swego byłego przełożonego najwidoczniej powiadomić nie omieszkał, biorąc pod uwagę zaangażowanie tegoż w sprawę. I tutaj Kaczyński pokazuje, że dla wsparcia piramidalnej bzdury autorstwa PiS-u jest on w stanie ośmieszyć się do reszty. Uwaga, były premier stwierdza, iż "dokumenty były antydatowane". Czyli sporządzone później i opatrzone datą wcześniejszą, ergo - sfabrykowane. Pisma powszechnie dostępne! Ten Kaczyński, który przeciwników politycznych osądza i skazuje już po poszlakach i pomówieniach (bo zarzutów jeszcze brak), dowody na swą niekorzyść (bo oto sypie się kolejna afera, która miala pogrążyć PO) uznaje za sfałszowane! Brakuje jeszcze tylko fraz o "wściekłym ataku" i "wrogich mediach", by dopełnić obrazka największego politycznego zadymiarza ostatnich lat.
Jednak inna kwestia sprawia, że nie wiem, czy tarzać się ze śmiechu, czy osłupieć ze zgrozy. Otóż okazało się, iż Kamiński nie stracił stanowiska, a jedynie został zawieszony w czynnościach. "Geniusz Mazowsza" znowu nie przegapił okazji i stwierdził, że Kamiński ma przerwę w wykonywaniu funkcji. Po czym "Wielki Strateg" dodał
"
Ja też mam teraz przerwę". A zaraz potem typowa propagandowa papka. I jak tu się nie zaśmiać? Toż klapki na oczach ma facet większe niż własne ego! On jest święcie przekonany, że wróci do władzy, i to zaraz. Negacja rzeczywistości jest tu tak silna, że dla takiego efektu trzeba było chyba poświęcić LATA na karmienie się własnym mesjanizmem i uodparnianie się na cokolwiek innego niż to, co się chce usłyszeć. Kaczyński znowu doprowadza pisowskich PR-owców do płaczu, gdyż dobitnie pokazuje, że jakakolwiek zmiana wizerunkowa to dla niego rzecz absolutnie niezrozumiała. W sumie jestem pełen podziwu dla ich uporu i cierpliwości, bo to, że lider PiS-u jest niezdolny do jakiejkolwiek zmiany wizerunkowej, wie zdecydowana większość ludzi w tym kraju. Równie dobrze można by trenować zdechłego konia i przygotowywać go do Wielkiej Pardubickiej. Efekt bowiem będzie taki sam - ŻADEN, ZEROWY, TOTALNA PORAŻKA.
Takie też są szanse PiS-u na wygranie przyszłych wyborów parlamentarnych. Agresywny, zaślepiony walką o władzę, bezproduktywny, babrzący się w brudach i przeszłości PiS nie ma szans na pokonanie PO, która wciąż zostawia partię Kaczyńskiego w tyle choćby dlatego, że myśli o Polsce, a nie tylko o sobie i władzy. A przynajmniej sprawia takie wrażenie. PiS nawet nie stara się tego udawać. Stąd tak jak u Kamińskiego, u Kaczyńskiego "przerwa w wykonywaniu funkcji" będzie bezterminowa. I całe szczęście.


PS. Prawdziwa zmiana wizerunkowa w Prawie i Sprawiedliwości możliwa jest jedynie wtedy, gdy pierwsze skrzypce przestanie w niej grać Jarosław Kaczyński, a z nim jego wierni pretorianie. Nie jest to bowiem polityk, który poza agresją i pieniactwem ma cokolwiek do pokazania, nie wspominając już o czymkolwiek pożytecznym i wartościowym.

Tagi: polityka, polska, pis, jarosław kaczyński, cba, mariusz kamiński
frustratorium 2009-10-24 12:34:29
A jakie jest TWOJE zdanie? skomentuj (7)
Wyborcze przebieranki
Dzisiaj mija 2 lata od dnia, w którym naród powiedział Jarosławowi to, co jego brat niegdyś odrzekł jednemu mężczyźnie. Data znamienna, bo wychodzi półmetek. A co na półmetku? Dla Jarosława niezbyt ciekawie. Czerwcowe wybory do Parlamentu Europejskiego pokazały wyraźną nieskuteczność pisowskiej nagonki na PO. Wyniki bowiem były łudząco podobne do rezultatu ostatnich wyborów do Sejmu i Senatu. Kryzys nie okazuje się taki straszny, "afery" CBA też nie powaliły na kolana ani rządu, ani premiera (ani tym bardziej "słupków"), kiepskie graficznie i siermiężne w stylizacji spoty trafiają jedynie do betonowego elektoratu, największe pisowskie "orły" są w Brukseli, spotkanie przy piwie z internautami (z "Salonu24", który aż się roi od sympatyków PiS - to wiele wyjaśnia) nie przyniosło przełomu, Dorn z innymi "uciekinierami" próbuje budować alternatywę... ogólnie jest słabo.
Nieskuteczność wizerunkową obecnego PiS-u zauważyli nawet PR-owcy tej partii i postanowili przedstawić nam kolejnego nieudolnego kameleona. Ktoś w końcu doszedł do wniosku (słusznego zresztą), że obecny wizerunek Prawa i Sprawiedliwości nie daje im wystarczającej ilości głosów, aby to ugrupowanie wróciło do władzy. Stąd mamy zmianę.
Na czym ona polega? Po pierwsze, na odsunięciu od mediów najbardziej znanych pisowskich twarzy, czyli Gosiewskiego, Kuchcińskiego, Brudzińskiego et cetera. Macierewicz do komisji śledczej też nie trafi. To po to, by "nie drażnić umiarkowanego elektoratu". Czyli lekką ręką odstawia się w niebyt najbardziej "zasłużonych" i ustawia na ich miejscu postacie z drugiego lub trzeciego szeregu PiS, zapewne kompletnie nieznane. W sumie różnica żadna, bo i tak według nowego statutu "liczy się linia partii, a nie własne pomysły", zatem tak czy siak będziemy mieli do czynienia z marionetkami "Wielkiego Stratega".
Który to "Strateg", uwaga! będzie unikał angażowania się w doraźne polityczne spory, prostym językiem mówić o konkretach, pozbyć się emocjonalności ze swych wypowiedzi i zabierać głos wyłącznie w sprawach najwyższej wagi (np. afera hazardowa). I jeszcze jedno: jego wypowiedzi mają odnosić się wyłącznie do Donalda Tuska, czyli polityka z tej samej półki co Kaczyński.
Podsumowując, powody i cele słuszne - bo Jarosław wystarczająco się kompromituje, wypowiadając się przy każdej śmiesznej bzdurce i pierdółce, bo za bardzo ukazuje (przez swe emocje) pęd do władzy i desperację, bo jego osobowość jest odpychająca, bo za bardzo się wywyższa i poniża innych zarazem, bo jakąkolwiek swoją wypowiedzią czy działaniem przynosi partii więcej szkody niż pożytku. Bo po prostu szkodzi samym swym istnieniem. Niestety, fakt wypowiadania się "wyłącznie na temat Tuska" jasno zdradza, że para idzie w gwizdek. Prezes K. ma bowiem taką obsesję na punkcie utraconego stołka, że samo wspomnienie o człowieku, ktory mu to stanowisko odebrał, a także jego frakcji, powoduje silne negatywne emocje. A jeśli zezwoli mu się na wypowiadanie się publicznie, oznacza to prawie pewne uzewnętrznienie frustracji związanej z utratą władzy i desperacji związanej z zerową skutecznością prób jej odzyskania. Najlepiej by zatem było, by prezes w ogóle nie występował w mediach, ale skoro chce, to lada chwila, tak jak w lutym, rozwali "nowy wizerunek" i znowu nie drgnie mu przy tym powieka. Tak samo bezmyślnie i bezrefleksyjnie. TO JEST RÓWNIE PEWNE JAK TO, ŻE 2*2=4. Ale w tym wieku wizerunku ani poglądów nie da się zmienić, a biorąc pod uwagę niechęć Kaczyńskiego do zmian (gdyby się zmienił, wyszłoby na to, że coś źle robił, tzn. że się mylił - dla tak zapatrzonego w siebie człowieka sama taka myśl jest niedopuszczalna) wyjdzie tak jak zawsze. Czyli klapa. Nie wspominając o tym, że PiS tyle razy bez sukcesu markował zmiany, iż bardziej wiarygodny byłby Gołota, gdyby założył na głowę blond perukę i udawał kobietę. Wiarygodność boksera sprawdzona zostanie w sobotę (przez Adamka); wiarygodność PiS-u już od dawna leży i kwiczy.
I po raz kolejny wychodzi, czemu PiS-owcy (a za PiS-em jego zwolennicy) atakują PO za "pijar". Po prostu pisowscy PR-owcy (Bielan, Kamiński itd.) są tak kiepscy i nieudolni, że ich wysiłki skazane są na porażkę. Z drugiej strony i fachowcy w tej dziedzinie załamaliby się po próbach uładzenia człowieka, który uładzić się nie da i nie chce, bo jedyne czego on chce, to JUŻ! TERAZ! NATYCHMIAST! być z powrotem premierem. A faktu, iż poza tym ślepym pędem do władzy nic dla Kaczyńskiego się nie liczy (ani tego, że znowu gadka o PO przysłonić ma totalną niemoc i pustkę programową PiS), nie ukryje GADANIE o zmianach. Bo ponownie na gadaniu się skończy. W najlepszym wypadku na paru tygodniach mdłego kadzenia.
PS. A propos spotów. Ciekawe, jak do tekstów o "nie drażnieniu umiarkowanego elektoratu" ma się kolejny, utrzymany w klimacie poprzednich, "pokurskich" gniotów, filmik. Moim zdaniem już teraz widać, że jest to fraza mocno na wiwat. Tyle że z tą partią jest jak z wypchanym orłem. Pióra, skrzydła, dziób ma. Wszystko ma. Ale za cholerę nie poleci.
Tagi: polityka, polska, wybory, pis, jarosław kaczyński, spot
frustratorium 2009-10-21 18:15:42
A jakie jest TWOJE zdanie? skomentuj (0)
Rozmowy kontrolowane
I oto mamy kolejną dętą (podobnie jak poprzednie) aferkę, tak bardzo wpisującą się w schemat tych poprzednich, że aż żal patrzeć na wysiłki Jarosława i spółki. Czyli: pada hasło, jest tabloidowa gra na emocjach i zamazywanie prawdy, próba możliwie szybkiego urobienia opinii publicznej... i czekamy na żniwa. Gorzej, że jeszcze nic się na poważnie nie zaczęło, a pisowcy już wpadają w dołek, który sami wykopali. Niejaki Wassermann Zbigniew oskarża niejakiego Abdula Rachmana el-Assira (chcącego niegdyś kupić stocznie) o "udział w nielegalnym handlu bronią" i pyta z oburzeniem, czemu ABW jeszcze nie zajęło się tym panem. Na dowód na to, jak bardzo Wassermann liczy na naiwność społeczeństwa, niech posłuży informacja o tym, że w 2007 r. on sam (jako koordynator służb specjalnych) zlecał ABW jego sprawdzenie... i nic nie znalazł. Żeby było śmieszniej, to u el-Assira pracuje obecnie Robert Draba, ówczesny doradca prezydenta. Kaczyńskiego, a jakże.
A co do wiary w naiwność wyborców i olbrzymiego ładunku hipokryzji, którymi to przymiotami obdarzony jest były minister - ten wywiad (a raczej jego końcówka) mówi sama za siebie. Popatrzcie na diametralną różnicę zdań wobec osób z oskarżeniami. TEN SAM WYWIAD, DOSŁOWNIE PARĘ ZDAŃ NIŻEJ!!! To trzeba mieć tupet.
Ale do rzeczy. Podobno ABW nagrywała dziennikarzy. Jednego z "Rzeczypospolitej" (dziwnym trafem oskarżony o zniesławienie wiceszefa ABW) i jednego z TVN. Straszne. Pis zapałał świętym oburzeniem, jak zwykle, niepomny czasów, kiedy to Ziobro na konferencji prasowej ogłosił, co "Wyborcza" napisze następnego dnia. Dziwne, nie?
Oczywiście w całą sprawę musiał się wtrącić "premier stulecia" i jak zwykle, nie bacząc na fakty, powiedział swoje i znikł. W tym momencie już wiadomo, że to kolejna sztukowana na silę sprawa, mająca w założeniu skompromitować PO i powołanego przez Tuska szefa ABW, Krzysztofa Bondaryka. A jak to wygląda w rzeczywistości? To, że prezes K. rzuca słowa głównie po to, by udowodnić (często karkołomną) tezę i że rzadko kiedy jego "chęć niesienia pomocy poszkodowanym" skutkuje czym innym niż niedźwiedzią przysługą, to jest jedno. Po prostu Kaczyński (zwyczajowo) nie wytrzymał i uznał, że jako autorytet (bez komentarza) musi zająć stanowisko w sprawie. Nieważne prawo, przepisy itd. Jest teza i koniec! Nieważne, że wypowiedź Kaczyńskiego nie ma zbytniego oparcia w ustawie. Natomiast samo jego wejście w sprawę oznacza, że prezes K. chce na niej zbić kapitał polityczny, bo poczuł okazję. Samo to nasuwa podejrzenia co do prawdziwości oskarżeń "Rzepy", która od dłuższego czasu ma reputację tuby propagandowej PiS-u.
A jak się ma rzeczywistość do wersji eks-premiera? Jak zwykle, niewiele ma z nią wspólnego. Był dziennikarz, niejaki Wojciech S., podejrzany o nielegalny handel (głośnym swego czasu) aneksem do raportu o likwidacji WSI. Jego rozmowy były nagrywane. I z użyciem jego telefonu dwóch pozostałych dziennikarzy ABW nagrała "niechcący". Po prostu ktoś z cudzej komórki zadzwonił do kogoś innego. A w tle rozgrywa się jeszcze sprawa (cywilna) o pomówienie, którego sprawcą ma być jeden z rozmówców, a ktorego rozmowa stanowi materiał dowodowy w owym cywilnym procesie. Całość jest, jak widzimy, prozaiczna. Przy czym Kaczyński nie ma podstaw (przynajmniej nie wysuwa ich; cóż, jeśli już prawnik mówi prawniczo o jakimś wydarzeniu i formułuje wypowiedź ocenną, powinien podać podstawy na takie, a nie inne tezy - ale może wymagam za wiele), aby wątpić w legalność udostępnienia tych materiałów jako potencjalnego źródła dowodów. Czyli znowu publiczna kompromitacja prezesa. Ale tak to jest, gdy ktoś pcha się tam, gdzie sobie ewidentnie nie radzi, głównie z powodu swego zaślepienia i nadmiernej koncentracji na jednym celu. Jakim? Każdy wie.
Przesyt to słówko na ten, kończący się tydzień. Kto wie, czy nie na następny. Obozowi "czwartej", jak zawsze zresztą, zabrakło umiaru i zasypano ludzi tyloma dętymi skandalami, że próg tolerancji na jałowe bzdury pękł. "Genialny Strateg" oczywiscie tego nie przewidział, ale sama tylko mnogość tych "afer" (które polegają głównie na tym, ze ktoś z kimś rozmawiał i że nie przyjął łapówki) powoduje ich niską wiarygodność. Jeśli dorzucić do tego rozpaczliwe (i też typowe) wrzaski PiS-u o końcu państwa, konieczności dymisji rządu czy Trybunale Stanu, to mnie nasuwa się jedna myśl - histerycy polityczni dalej nie mają sposobu na wygranie wyborów uczciwie, więc próbują obalić rząd środkami pozakonstytucyjnymi.
Szkoda tylko, że udawana troska o państwo i waga wyolbrzymianych przewin członków rządu w dalszym ciągu nie jest w stanie ukryć tego, że PiS to tylko demagogia. A z uwagi na to, iż Jarosław (z Wassermannem do spółki) na dobre zabetonował się na głosy inne niż peany dla niego samego i jego partii, to tym samym nie zauważył, że "ofensywa jesienna"  już mocno sypie się po brzegach. I z tego powodu to żenujące widowisko (niestety) jeszcze trochę potrwa.
Tagi: polityka, polska, prawo, rzeczpospolita, pis, jarosław kaczyński, abw, afera stoczniowa, wassermann
frustratorium 2009-10-18 08:21:59
A jakie jest TWOJE zdanie? skomentuj (3)
W gorącej wodzie kąpany
Mariusz Kamiński odwołany. Chwilowo jego obowiązki pełni niejaki Paweł Wojtunik, dotychczasowy szef CBŚ. Podobno jest apolityczny. I dobrze. Jednak może nie zagrzać długo miejsca na nowej posadzie.
Dlaczego? Otóż premier Tusk, jak wiemy, oblężony przez kontrataki Mariusza Kamińskiego (typu wydumana "afera hazardowa" i jeszcze bardziej wydumana, ale o tym za chwilę, "afera stoczniowa"), działał szybko i zdecydowanie. Stanowiska straciło sześciu ministrów (w tym nareszcie Andrzej Czuma), a dzisiaj powołano trzech nowych - sportu (Adam Giersz), sprawiedliwości (Krzysztof Kwiatkowski) i spraw wewnętrznych (Jerzy Miller). I ten siódmy, formalnie neutralny - w praktyce ciężko nazwać neutralnym kogoś, komu wyraźnie zależy na medialnym rozdmuchaniu sprawy i wykreowaniu siebie jako "tego, który jest karany za walkę ze złem", a rządu jako bandy przekrętarzy i oszustów, przy czym dowody na to ostatnie też takie silne nie sa. Dość stwierdzić, że w sprawie "hazardówki" śledztwo dalej toczy się w sprawie, a przy "stoczniówce" nawet NSZZ "Solidarność" (znana ostatnio z wybitnie propisowskich i antyrządowych sympatii) zaprzecza istnieniu "afery", która polega głównie na tym, iż w celu spłaty długów Stoczni Gdańskiej sprzedano część jej majątku poniżej wartości. Na tej samej zasadzie można by utrącić praktycznie każdego komornika w Polsce, ale przecież nie chodzi o zasadę, tylko o szum. I podobno z niejasnych powodów odrzucono inwestorów, ale kiedy to samo robił pisowski Minister Skarbu Wojciech Jasiński, CBA najwidoczniej było zajęte węszeniem za Schetyną (i "przypadkiem" trafiło na Sawicką), bo Jasiński żadnych zarzutów nie ma.
Za, delikatnie rzecz ujmując, nieczyste metody stosowane w śledztwach (bo metoda "na czuja", polegająca na (kompletnie bez uzasadnienia i podejrzeń) węszeniu, podsłuchiwaniu i prowokowaniu oraz wymuszaniu wzięcia łapówki, trąci stalinowskim "Pokażcie mi człowieka, a ja na niego znajdę paragraf" - CZY TAK MAJĄ DZIAŁAĆ SŁUŻBY W PAŃSTWIE DEMOKRATYCZNYM???) Kamiński poleciał. Gorzej, że Tusk ma chyba zbyt dużą chęć pokazania, jaki to on nie jest twardy i skuteczny. Całość stoi w oczywistej opozycji do działań Jarosława Kaczyńskiego, który ministrów odwoływał głównie dla uratowania ich przed wotum nieufności, lub dlatego, że koalicja się sypnęła, czy też z powodu walki CBA z tymi ministrami. Może i o to chodzi. Niemniej odwołanie szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego bez wymaganej opinii Prezydenta (mniejsza z tym, że i tak miała być negatywna, nie jest ona wiążąca dla premiera, podobnie jak zdanie sejmowej komisji do spraw służb specjalnych oraz rządowego kolegium ds służb specjalnych, ktore to komisje wydały jednak opinie pozytywne) może doprowadzić do tego, iż Kamiński wróci na swoje stanowisko jako bezprawnie odwołany.
A Kamiński, w glorii chwały (bo jakżeby inaczej) wracający na swój dawny stołek to coś, czego Tusk w tej chwili absolutnie nie chciałby doświadczyć. Więcej - trudno o zdarzenie, którego obecny premier bardziej chciałby uniknąć i które byłoby jeszcze bardziej niekorzystne dla niego niż triumfalny powrót Kamińskiego do CBA. "Nowy-stary szef" będzie istniał (zresztą sam się tak pewnie przedstawi, a jeśli nie, to tak go przedstawi PiS) jako żywy symbol indolencji obecnej władzy i jako męczennik za Prawo i Sprawiedliwość (faktycznie za partię, według partii za hasła, których to ugrupowanie zrobiło i wciąż robi parodię). Będzie śmiał się Tuskowi w twarz i z poczuciem misji dla PiS-u produkował kolejne haki na jesienną ofensywę tej formacji. Naprawdę, można było zaczekać, tym bardziej że ustawa wspomina o "niezwłocznej opinii", co rozumie się zwykle tak, że zbędna zwłoka przy jej wydawaniu zwalnia opiniobiorcę z obowiązku czekania na zdanie opiniodawcy. Tydzień i szef CBA poleciałby, a Tusk miałby czyste ręce i sen sprawiedliwego. Za to teraz zacznie się zmasowany atak na premiera, że nie dochował tej procedury i że ma coś na sumieniu itd. itp. Jeśli chodzi o PR, to poprzednie dymisje i przyjęcia dymisji były dobrym zagraniem (może nawet trochę zbyt ostrym), ale pośpiech z wymianą szefa CBA to fatalny ruch. Tym gorszy, że można było z łatwością uniknąć kłopotów, jakie on może wywołać.
Tagi: polityka, polska, tusk, pis, po, cba, afera hazardowa, mariusz kamiński, afera stoczniowa, wojtunik
frustratorium 2009-10-13 19:12:43
A jakie jest TWOJE zdanie? skomentuj (0)
Między młotem a kowadłem
Sobota. Dziś, w samo południe, ma nastąpić uroczyste podpisanie Traktatu z Lizbony. Pozornie nic mu nie zagraża, ale partia o żartobliwej nazwie "Prawo i Sprawiedliwość" po raz kolejny udowadnia, że oportunizm polityczny i głupota nie znają granic.
O co chodzi? Za mało było widać zwlekania i "doktor dyrektor" wkurzył się, bo mniejsza połowa Zjawiska Biologicznego Kaczyńscy dokona dzisiaj czynu, który jaskrawo kłóci się z ksenofobią i antyeuropeizmem "obozu toruńskiego". Czytaj: poparcie Darth Mohera szlag trafi. Bo Zjawisko Biologiczne jest tak ze sobą związane, że prawie wszystko co robią, robią razem i trudno się też dziwić, że czyny, zaniechania i poparcie (lub jego brak) jednego brata MUSZĄ odbijać się na drugim. Lech i tak szans na reelekcję praktycznie nie ma (za dobrze go znamy), Jarosław na wygranie wyborów też taki sam powód), ale chociaż na wejście do Sejmu chciałby mieć. I oto radośnie, bezrefleksyjnie, pisowcy strzelają sobie w stopę... wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie konstytucyjności Traktatu Lizbońskiego.
Co w tym takiego dziwnego? Bo jakby ktoś zapomniał, to przypomnieć jestem zmuszon, iż to za rządów "wielkiej koalicji" Samo-Ligo-PiS uzgadniano treść tego dokumentu, a ze strony Polski dokonywał tego nikt inny jak prezydent (formalnie, na miejscu) i premier (faktycznie, na odległość). A przecież tak hucznie odtrąbiono sukces po tym słynnym szczycie, na którym zaprezentowano negocjacyjny model "wysłannika bez instrukcji", tak głośno opisywano "oscarową rolę" prezydenta (Dustin Hoffman na bis? więcej nie napiszę z wiadomych powodów) - dopiero po jakimś czasie okazało się, że trzeba ratować polski przemysl przed bankructwem, bo prezydent, z sobie tylko znanych powodów, "wynegocjował" wybitnie niekorzystne dla Polski limity dwutlenku węgla. Kiedy 13 grudnia 2007 r. (już za Tuska) w klasztorze Hieronimitów w Lizbonie prezydent uroczyście podpisywał Traktat, PiS wręcz szalał z radości; sama zaś głowa państwa stwierdziła (za Wikipedią): "Polska w istocie wywalczyła wszystko, co chciała". WTEDY PiS nie miał żadnych obiekcji co do tekstu aktu, pod którym głowa państwa złożyła sygnaturę. W kwietniu 2008 r., przy ustawie ratyfikującej TL, nie było widać ani słychać pisowców zatroskanych o konstytucyjność TL. I nagle, kiedy już prawie koniec tej farsy, ci wyskakują z wnioskiem?
Teraz ewentualne zmieny to już musztarda po obiedzie. Za późno na nie. Prezydent Republiki Czeskiej, Vaclav Klaus, jeszcze się łudzi i próbuje coś wymuszać, ale równie słabo widzę jego szanse na uzyskanie czegokolwiek. A u nas? Nie zdziwię się, jeśli nasz prezydent znowu skorzysta z okazji i "zaczeka" na orzeczenie TK. Ale to będzie tylko kupienie paru tygodni. Czesi mają podpisać traktat do Sylwestra. Trybunał może się spróbować uwinąć do końca roku, ale zobaczymy. A jeśli orzeknie nie po myśli radiomaryjnego PiS-u, to pewnie w stronę tego organu poleci od "prawych i sprawiedliwych" parę niewybrednych komentarzy, obrazujących niespotykany szacunek PiS-u do prawa i judykatywy.
Wszystko po to, by spróbować nabić punkty i tutaj. Prawo i Sprawiedliwość strzela sobie w stopę i neguje własne przeszłe działania po to, aby pomachać odbiorcom mediów "obozu toruńskiego" oraz nacjonalistycznej, skrajnej prawicy. Pisowcy, przerażeni niezadowoleniem Darth Mohera, atakują (nieświadomie) własnego lidera i własnego prezydenta, aby świeżo upieczony doktor (który został doktorem nie ze względu na pęd do wiedzy, ale do fotela rektorskiego) dalej ich popierał. I w tym momencie prezydent stoi w rozkroku - jeśli podpisze, to brat i jego partia będą mieli ciężko, a kanapa o nazwie "Ruch Przełomu Narodowego" podniesie głowę. Jeśli w ostatniej chwili zawaha się i wykorzysta okazję do odwleczenia niewygodnego obowiązku, pokaże Polsce i Europie, że nie jest nikim więcej niż tylko namiestnikiem PiS-u na Belweder. I tak źle, i tak niedobrze. Po raz kolejny sieć sojuszy i układzików przyprawia Lecha Kaczyńskiego o istny ból głowy. Niemniej (choć nie wiadomo, czy wniosek "pobożnych" członków PiS w ogóle wpłynął do TK), zdziwiłbym się bardzo, gdyby TL podpisano dzisiaj. Po prostu nie wierzę, by prezydenta stać było na takie nieposłuszeństwo wobec takiej manifestacji woli Torunia i PiS. Za bardzo stał się ich zakładnikiem.

PS. Prezydent podpisał. A jednak można podejść do sprawy solidnie i rzeczowo, nie bawiąc się ani nie podpinając pod partyjne gierki. Ciekaw tylko jestem, co na to powie Toruń. I czy dalej będzie tak ochoczo wspierał braci.
Tagi: polityka, polska, czechy, prawo, unia, pis, lech kaczyński, jarosław kaczyński, trybunał konstytucyjny, traktat lizboński
frustratorium 2009-10-10 09:33:32
A jakie jest TWOJE zdanie? skomentuj (0)
Ten zbawienny podpis
Doczekamy się? Najpewniej tak. Dzisiaj rano na stronie prezydenta pojawił się wpis, mówiący o podpisaniu Traktatu z Lizbony w niedzielę wieczorem. Wieczorem, bo rano głowa państwa jedzie do Watykanu, oddać pokłon papieżowi. Tak informował jeszcze jeden pisowski "przechowaniec" w Pałacu, Aleksander Szczygło. Potem wpis zniknął. Szczygły nie omieszkał objechać Wielki Wódz Jarosław, stwierdzając, iż "minister Szczygło najwyraźniej jest jakoś słabo poinformowany". Cóż, o poziomie kompetencji Szczygły niech zaświadczy to, że jest z PiS-u; mniejsza z tym, że jest szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego, a kiedyś w rządzie pana, krytykującego go za "słabe poinformowanie", był Ministrem Obrony Narodowej. Ale przecież brat prezydenta (ach, ten brat!) zawsze wie lepiej. ZAWSZE. Stąd i szefa BBN-u może opieprzyć jak sztubaka.
W informacji, która była i zniknęła, zaciekawiło mnie jednak co innego: tytuł. "Ceremonia podpisania Traktatu Lizbońskiego w niedzielę". To już dla złożenia zwykłego podpisu pod umową międzynarodową trzeba CEREMONII? Nie wystarczy po prostu wyciągnięcie pióra i naniesienie sygnatury na tekście dokumentu? OK, rozumiem, iż jest to wyjątkowo ważna umowa międzynarodowa, ale czy potrzebne są aż takie fanfary? Jeśli podpisujący znowu chce pokazać, jaki to on nie jest ważny i ile to jego podpis nie jest wart dla Polski i Europy (czyli podleczyć kompleksy), to jemu jest to potrzebne.
I oto nastąpi to w sobotę. Pomijam już to, czy to Szczygło dał ciała z błędną informacją, czy to Lech Kaczyński nagle zmienił zdanie i przesunął termin. Dość stwierdzić, że dalej w grę wchodzi spektakl pt. "Lech Kaczyński zbawia Europę". Będzie uroczyście. Jakby nie można było podpisać w gabinecie, za biurkiem. Tylko musi to być w świetle kamer i na oczach wielkich tego świata. A przynajmniej Unii i Polski. Barroso, Buzek, Tusk, marszałkowie, premier Szwecji... patrzcie, znamienici goście, podziwiajcie ruch tej ręki i sławcie ten gest!
Gest, który kończy wielomiesięczne odwlekanie sprawy i pomijanie tematu. Przecież Lech Kaczyński odmawiał wykonania swych konstytucyjnych obowiązków, uzależniając ich spełnienie od przyszłego i niepewnego zdania wyrażonego przez kompletnie obcy podmiot. Ratyfikacja miała nastapić za zgodą Sejmu wyrażoną w formie ustawy. I ta zgoda została wyrażona i poparta przez Senat na początku kwietnia... roku 2008. PÓŁTORA ROKU trwało zasłanianie się obcym krajem; całe osiemnaście miesięcy głowa państwa wykręcała się od rzeczy, która (zdawałoby się) jest oczywista i nie powinna nastręczać mu żadnych problemów.
Prawie, bo pewien toruński radiowiec, mający dość znaczny wpływ na pewne media w Polsce i na całkiem sporą grupę wyborców, był kategorycznie przeciwny. I jak mocno nie udawano by troski o lud Zielonej Wyspy, tak prawie każdy wie, że to był tylko wykręt. Do tej pory bracia K. drżą przed redemptorystą, bo ten powie słowo i PiS traci połowę poparcia. Jednak Irlandia wycięła prezydentowi numer i poparła TL, a ściema, w myśl zasady "kto mieczem wojuje, od miecza ginie", obróciła się przeciwko swemu twórcy. A kiedy jeszcze przypomnimy sobie ten blamaż podczas negocjowania TL, kiedy to prezydent przy każdej sprawie dzwonił do brata-premiera i pytał go o zdanie (tak długo, że przywódcy UE, zniecierpliwieni i zdenerwowani rozmową z niewłaściwym Kaczyńskim, sami zadzwonili do ówczesnego premiera, pokazując w ten sposób swoje opinie na temat zdolności negocjacyjnych i autorytetu głowy polskiego państwa), kiedy przegapiono dla (ewidentnie przegranego "pierwiastka", niekorzystnego dla Polski i lansowanego głównie dla dowalenia Niemcom) ważne sprawy finansowe i kiedy prezydent (dla "udobruchania Angeli Merkel) dał sobie wcisnąć niekorzystne dla kraju limity emisji dwutlenku węgla, to wynikający z całokształtu spojrzenia na sprawę obrazek nie jest zbyt korzystny dla braci.
I stąd ta cała ceremonia, uroczystość, goście i fanfary. Po prostu głowa państwa chce na siłę coś na sprawie zyskać i przy okazji składania podpisu postawić sobie pomnik męża stanu. Niezasłużony, ale co tam, skoro powstanie. Niedawno "odzyskana" (Szwedo zamiast Farfała) TVP też pewnie sprezentuje Kaczyńskiemu istną laurkę. Skoro już naraża się on "obozowi toruńskiemu", to niech chociaż ma coś z życia i dorzuci prawdziwie solidną i wystawną cegiełkę do swej kampanii prezydenckiej. Bo przecież o nią głównie chodzi. Szkoda tylko, że za państwowe. Ale co tam, przecież jest "tanie państwo", także u prezydenta, prawda?
Tagi: polityka, polska, unia, lech kaczyński, irlandia, traktat lizboński
frustratorium 2009-10-08 21:59:08
A jakie jest TWOJE zdanie? skomentuj (2)
Cięcia, cięcia...

Tak jak można było się spodziewać, trochę głów poleciało. Ministerialne: Schetyna, Czuma, Szejnfeld, Graś, Nowak, Grupiński. Za co? Za podejrzenia. To na dziś. Dodatkowo szykuje się dymisja Mariusza Kamińskiego. Ta ostatnia będzie, co prawda, naznaczona cieniem zemsty politycznej (nie do końca słusznie), ale głównie z winy szefa CBA. Bo tenże szef CBA miał zarzuty już w maju, ale dalej z uporem maniaka lansuje wersję, jakoby prokuratura (czyli rząd i Platforma) mściła się na nim za śledztwo w sprawie "hazardówki". Tyle że na razie wynika, że to on się mści za oskarżenia wobec siebie, a wersję wydarzeń szefa CBA podważono wczoraj, i to bardzo solidnie, na konferencji prasowej. I (jak na wiernego pisowca przystało) Kamiński odgraża się, oskarża i dalej twardo walczy z Platformą, udając że broni prawa. Prawa i Sprawiedliwości - może. Ale urzędnik państwowy takiego szczebla, a zwłaszcza szef jednej ze służb, nie powinien wysługiwać się jednej partii.
Nie powinien także mieć zarzutów o łamanie prawa, m.in. głośne (jako sztandarowa metoda CBA) prowokacje. Niestety, bez uzasadnionych podejrzeń co do popełnienia czynu, szukanie "jelenia" na łapówkę, wręczanie jej "w imieniu prawa" i zgarnianie biorcy za korupcję nosi ślady uczestnictwa w korupcyjnym procederze lub co najmniej podżegania do przestepstwa. Dodatkowo sytuacja, gdy minister (czyli de facto podwładny premiera), wysuwa przeciwko szefowi rządu (wczorajsza konferencja szefa CBA) potężne zarzuty, jednakże bez przedstawiania dowodów na swoje twierdzenia (a wcześniej na "swoją obronę" reaguje oskarżeniami o polityczny odwet) jest niedopuszczalna, skandaliczna wręcz, o ile nie trącąca pomówieniem. Nie wyobrażam sobie, by człowiek, który tak podważa pozycję swego szefa (i nie ma ku temu podstaw) mógł zachować stanowisko. Zarzuty o bezprawne działania Biura to osobna podstawa. Jednakże szefa CBA odwołać się nie da tak łatwo (Kaczory wiedziały, jak pisać ustawę o CBA i co w niej zawrzeć), bo najpierw trzeba zasięgnąć opinii m.in. Prezydenta. Który już stwierdził, że zgody na odwołanie Kamińskiego nie wyrazi, ale czy ktoś spodziewał się, że środowisko pisowskie zrezygnuje z tak cennego zawodnika jak Mariusz Kamiński?
A co do ludzi PO - są z powrotem w Sejmie, "na linii frontu". I juz padają teksty o "wojenny język", "koniec polityki miłości", "zagrania pod PR" itd. Cóż, premier odwołał (w paru przypadkach po prostu przyjął dymisje - Kamiński, pomimo ciążących na nim oskarżeń, dalej robi z siebie męczennika i do dymisji nie zamierza się podawać) podejrzanych ludzi - źle, bo powinien powołać komisję śledczą (którą popiera) i bo robi sobie PR na przyszłą kampanię prezydencką. Jakby ich nie odwołał - też pewnie byłoby źle, bo gdzie te standardy? Zadziwiające jednak, że o tych "standardach" mówi PiS, który okazał się niezdolny do usunięcia z wysokich stanowisk ludzi podejrzanych. Tuskowi natomiast należy się pochwała za szybką i zdecydowaną reakcję.
Poza tym sprawa dopłat i podatków od maszyn do gier losowych wykwitła jeszcze za PiS, bo jeszcze za czasów, kiedy Zyta Gilowska była ministrem finansów, z dnia na dzień (dziwne, prawda?) z projektu znikły zapisy niekorzystne dla przedsiębiorców. Równie dobrze okaże się, że jest jak z "aferą billboardową", kiedy przewały na miejscach reklamowych miała robić Platforma, a wyszło na winę PiS-u. Jeśli będzie komisja śledcza, to okres rządów PiS też należy objąć jej zakresem działania. Z drugiej strony, czy jakakolwiek komisja śledcza cokolwiek wyjaśniła? Czy ta kolejna też posłuży (jak wszystkie inne) lansowaniu się partyjniaków, robieniu hucpy i zamydlaniu sprawy oraz (to zwłaszcza) pobieraniu dodatków do diety za udział w takiej komisji? Serio, jak na razie widzieliśmy głównie dużo szumu i polityki, zaś szukania prawdy - jak na lekarstwo. Nie wystarczy prokuratura?
Co zaś do "afery" - coraz bardziej mam wrażenie, że sprawa jest sztuczna i rozdmuchana, głównie po to, by Kamiński odszedł jako "męczennik za prawdę". Sama nazwa "afera" jest tu na wyrost. Nikt nic nie wziął, nie przyjął, nie załatwił, aktu nie zmieniono, sam szef CBA nie dopatrzył się znamion przestępstwa w działaniach (już zdymisjonowanych) członków PO, prokuratura też teraz prowadzi śledztwo w sprawie (a nie przeciwko osobie - znaczy się, materiały zgromadzone przez CBA nie uzasadniały postawienia komukolwiek jakichś zarzutów), a główne przewiny Chlebowskiego i innych ograniczały się do kwestii etycznych. Też mi afera. Nic dziwnego, że trzeba robić sztuczną wrzawę, bo bez tego naprawdę ciężko o cokolwiek się przyczepić. Tym bardziej do zachowania premiera i NIEKTÓRYCH jego ludzi (Andrzej Czuma słusznie stracił stanowisko; ciekawe tylko, czy za wypowiedź o śledzeniu Jolanty Kwaśniewskiej przez CBA i szukaniu na siłę haków na nią, czy za niefrasobliwe zdanie w obronie Chlebowskiego i Drzewieckiego - tu podtrzymuję opinię, że minister powinien jak ognia unikać wypowiadania się na temat toczących się śledztw, czy za całokształt) ciężko mieć zastrzeżenia. Ale opozycja szuka dziury w całym. Bo i o to chodzi - aby mieć pretekst do ataku na premiera, rząd i PO, a także urwania im punktów sondażowych. Aby znaleźc powód do rzucenia tekstu "Tusk powinien podać się do dymisji", powtarzanego jak mantra przez prezesa Kaczyńskiego, przy prawie każdej okazji, właściwie już machinalnie i odruchowo. Stąd to bicie piany, wrzawa medialna i teksty o "aferze dziesięciokrotnie większej od afery Rywina". Jeśli mówi tak członek PiS (Brudziński), to z czystym sumieniem można przyjąć, że sprawa jest o wiele mniej poważna. I wychodzi, że rzeczywiście tak jest.
A poza tym pisowcy naprawdę udają, że była sprawa Rywina, potem długo, długo nic (tzn. rządy PiS-u) i wreszcie rządy PO i to. Ale sami się prosili (i już się o tym mówi), że za PiS-u jednak sporo "nie do końca czystych" rzeczy miało miejsce. A im głośniej Kaczyński i jego pretorianie wrzeszczą o skandalu i dymisjach, tym bardziej ludzie przypominają sobie, że pisowskie afery były zamiatane pod dywan i zasłaniane różnymi tematami zastępczymi, a nie rozliczane. PiS nie zmarnował szansy na okazanie po raz kolejny bezmiaru swej hipokryzji. Już się cieszyli ze spadku sondaży, już wieszczyli upadek PO i koalicji, już sadzali z powrotem prezesa K. na premierowskim fotelu... i to wystarczy, by za chwilę sondaże powróciły do poprzedniego stanu, a społeczeństwo znowu znienawidziło PiS za bezproduktywne brudne przepychanki, których celem jest ukrycie przed ludźmi, że dalej nie ma się pomysłu na Polskę i na przyszłość. A demagogią nie zamaskuje się nicości programowej i indolencji działaczy, przynajmniej nie na długo.

I moja refleksja z całej sprawy: politycy powinni unikać osobistych kontaktów ze światem biznesu, a już na pewno niczego nie obiecywać przedsiębiorcom. Należy się zastanowić nad istotą i zakresem "lobbingu", bo gdzie jest granica oddzielająca np. postulaty środowisk zawodowych od korupcji, nepotyzmu, klientyzmu i kto wie jeszcze czego? Co jest i powinno być dozwolone i akceptowane, a co już nie? I TO JEST NAJWAŻNIEJSZY PROBLEM W CAŁEJ SPRAWIE.
Szkoda, że w tej chwili tak ważna sprawa została uwikłana w bagno przepychanek o władzę.

PS. Co do komisji śledczej - w poprzedniej notce twierdziłem, że jestem za komisją. Oficjalnie oświadczam, że według mnie takowa będzie jedynie areną walk politycznych, natomiast prawdziwy powód powstania takiego organu (wskazany wyżej) zostanie zagłuszony przez owe starcia. Sprawa może i się formalnie nadaje pod takie rozwiązanie, ale nie oszukujmy się. Tam będzie wszystko, tylko nie dochodzenie prawdy. Tym samym nie widzę powodu dla marnowania czasu posłów i naszych podatków.


Tagi: polityka, polska, tusk, pis, po, schetyna, czuma, graś, afera hazardowa, mariusz kamiński
frustratorium 2009-10-07 20:38:49
A jakie jest TWOJE zdanie? skomentuj (0)
Oto jest głowa ministra
Mirosław Drzewiecki podał się do dymisji i została ona przyjęta. W sumi4e dobrze się stało, choć to raczej nie koniec cięć w rządzie i PO. W ramach "afery hazardowej" stanowisko szefa klubu PO i Sejmowej Komisji Finansów stracił inny bohater tych wydarzeń, Zbigniew "Na dziewięćdziesiąt procent, Rysiu, że załatwimy" Chlebowski. Na razie następców nie widać, ale ciekawi mnie, czy z funkcją pożegna się także minister Czuma, który publicznie zadeklarował niewinność obu powyższych panów. Cóż, prawnik, tym bardziej na TAKIM stanowisku, powinien zachować powściągliwość w sądach i JAK OGNIA UNIKAĆ jednoznacznych deklaracji, tym bardziej w sprawach jeszcze niewyjaśnionych. Na przykładzie jednego z poprzeednich Ministrów Sprawiedliwości zdołaliśmy się przekonać, jakie negatywne skutki mogą wyniknąć, kiedy człowieka poniosą emocje. Nieprzemyślane oskarżenia (doktor G.) czy obrony (jak tutaj) w najlepszym przypadku obniżą prestiż resortu i zaufanie do wymiaru sprawiedliwości. W najgorszym... przypomnę tylko, że wspomniany były minister ma własny wątek w jednej z działających obecnie komisji śledczych. Ale mniejsza z tym.
Komisja i w sprawie "afery hazardowej" jest możliwa. Chce tego cała opozycja. Chcą tego media. Chcą tego ludzie. Ja też uważam, że taki organ powinien zostać powołany. Dziwi mnie tylko, czemu PiS (tak krzyczący teraz o "honorze" i "sprawiedliwości", tak domagający się zaangażowania Sejmu w śledztwo) nie jest tak chętny do wyjaśnienia choćby afery z Iwabradyną, innymi lekami refundowanymi i eks-ministrem zdrowia Bolesławem Piechą. Czemu PiS nie domaga się komisji w sprawie "taśm Beger"? Czemu nic nie słyszymy o komisji w sprawie ustawy o Społecznych Kasach Oszczędnościowo-Kredytowych i dziwnie wysokiej pożyczce dla Przemysława Gosiewskiego, który miał swój udział w (korzystnym dla SKOK-ów) kształcie aktu? Czemu ta partia, tak zaciekle żądająca krwi i głów, w kwestii "swojego człowieka" (Mariusz Kamiński z CBA sam jest oskarżony o korupcję i - nie wiedzieć czemu - dalej na stanowisku pozostaje, tak jak innym wymienionym włos z głowy nie spadł, tym bardziej we własnym ugrupowaniu) nagle "przypomina sobie" o prawie do obrony i domniemaniu niewinności?
Sam Kamiński ma w aferze osobny wątek. Dziwi bowiem to, czemu nadał aktom sprawy klauzulę tajności, a potem nagle puścił je do mediów. Także to, czemu na kilka dni przed pojawieniem się informacji o JEGO oskarżeniu pojawiły się dowody na to, że CBA jednak pracuje i coś robi. Nie twierdzę, że pewien dyrygent czy aktorka (ani posłowie) są kompletnie czyści i cynicznie użyci przez Kamińskiego dla ratowania własnej posady, ale ten zbieg okoliczności jest zbyt dziwny, by był li tylko zbiegiem okoliczności. Facet MUSIAŁ dowiedzieć się, że pali mu się grunt pod nogami i zadziałał. Dodatkowo jeszcze, zamiast Prokuraturę, powiadomił o podejrzeniach wobec posłów premiera. Chyba głównie po to, by potem PiS mógł mówić, że "wiedział i nic nie zrobił", albo że to ze strony szefa rządu był przeciek. Lub po prostu po to, by Tusk nie mógł Kamińskiego wysłać na (zasłużoną) zieloną trawkę bez podejrzeń o ingerencję w to wszystko. To też ma sens.
Czemu organy ścigania DO TEJ PORY nie otrzymały kompletu akt? Czemu wysyła się materiały operacyjne do mediów w chwili, kiedy śledztwo jeszcze trwa? Czemu Kamiński staje się jednocześnie oskarżycielem i oskarżonym? Czemu jeszcze prezydent żąda główi wzywa do siebie "na dywanik" Premiera i marszałków, ale NIE SZEFA CBA??? Całość za mocno śmierdzi. Jestem daleki od stwierdzenia w stylu ministra Czumy (którego brak profesjonalizmu również zasługuje na "prezent" w postaci zwyczajowego pożegnalnego pióra) i czekam na wyniki śledztwa oraz prac ewentualnej Komisji Śledczej. Ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że obóz pisowski usilnie chce na "aferze hazardowej" ugrać coś dla siebie. Rozumiem chęć wyjaśnienia całego zamieszania, ale oni za bardzo są w to emocjonalnie zaangażowani. A to z kolei sprawia wrażenie, że intencje CBA i PiS nie są do końca czyste, zaś ludzie PO nie dali aż takiej plamy. Ale poczekajmy na koniec tej sprawy.
A na koniec zacytuję frazę z portalu spieprzajdziadu.com:
"Z punktu widzenia zwykłego obywatela dialog między jednym z najważniejszych polityków rządzącej partii a próbującym załatwić sobie swoją sprawę przedsiębiorcą, , zawierający zwroty

Na dziewięćdziesiąt procent, Rysiu, że załatwimy. Tam walczę, nie jest łatwo, tak ci powiem.

powinien być powodem natychmiastowej dymisji. Jeszcze nie za korupcję, ale już za zwykłą głupotę".

I cieszy mnie, że Chlebowski i Drzewiecki stracili stanowiska. Po prostu należało im się.


Tagi: polityka, polska, drzewiecki, tusk, po, lech kaczyński, chlebowski, cba, afera hazardowa, mariusz kamiński
frustratorium 2009-10-05 13:53:39
A jakie jest TWOJE zdanie? skomentuj (0)
I po wykręcie
Powtórzono w Irlandii referendum ws. Traktatu Lizbońskiego. Tym razem rząd nie spaprał kampanii informacyjnej... i wyniki były inne. Pozytywne, znaczy się. Zielona Wyspa w większości poparła Traktat. Ponad dwie trzecie głosujących (67,1%) oddało głos na "TAK".
Co to oznacza? To, że do pełnego przyjęcia Traktatu, tzn. przez wszystkie 27 państw członkowskich, brakuje tylko ratyfikacji przez Polskę i Czechy. U nas, jak wiadomo, Prezydent uporczywie odmawiał dopełnienia swych konstytucyjnych obowiązków, nie wiadomo dlaczego zwalając winę na Irlandię. A i tak wszyscy wiedzieli, że prezydenckie odwlekanie tematu to po prostu ukłon w stronę Torunia i pewnego zakonnika oraz jego obozu medialnego i ludzi będących odbiorcami tych mediów. Krótko mówiąc, chodziło o podlizanie się Tadeuszowi Rydzykowi, a nie żadne solidaryzowanie się z Irlandczykami (zresztą jesteśmy suwerennym państwem i nie rozumiem, dlaczego inny kraj miałby decydować za nas o ważnych dla nas sprawach). Wykręt i tyle, bo przecież Pałac nie przyzna się, ze walczy o elektorat radiomaryjny i stąd ten cały cyrk. Zresztą nikt chyba się na to nie nabrał.
Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Nagle ten wykręt obrócił się przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu. Skoro bowiem tak blisko jesteśmy tej Irlandii i mamy tak podobne zdanie na każdy temat, że musimy je podejmować wspólnie, to do dzieła. Irlandia już ratyfikowała zapisy z Lizbony. Te same, o które Prezydent tak "zaciekle" walczył, że... w sumie dalej cholera wie, co on uzyskał. Bo zamiast forsować wyższą pomoc strukturalną czy inne istotne rzeczy, polska delegacja z uporem maniaka wciskała unijnym przywódcom niechciany praktycznie przez nikogo system pierwiastkowy. Którego i tak nikt nie poparł, więc straciliśmy tylko czas, bo brak poparcia był wiadomy na długo przed tym sławetnym szczytem. I nie bedę już pisał o tym, kto naprawdę negocjował, a kto był jedynie pośrednikiem i kiedy przywódcy UE wreszcie zdenerwowali się i pominęli pośrednika.
Podobno Prezydent już zaczął kampanię. Od wezwania na dywanik premiera i marszałków w sprawie tzw. "afery hazardowej". Że szefa CBA nie wezwał, to dopiero dziwi. Że potraktował sprawę politycznie i, wzorem PiS-u, rozdmuchiwał ją i żądał głów, nie dziwi. Ale teraz przypomni się, jak to głowa państwa "spisała się" na tym nieszczęsnym szczycie, jak postawiła na oczywiscie przegranego konia i jak zapomniała o sprawach istotnych (oraz ze spokojem dała sobie wcisnąć niekorzystne dla Polski limity CO2). I jeszcze to zwlekanie, kręcenie, wywracanie kota ogonem. Cały ten szum wokół Traktatu z Lizbony nie jest czymś, co obóz pisowski eksponowałby (inna sprawa, czy w ogóle jest coś, czym ten obóz może się aż tak chwalić). Przeciwnie, jest to seria zdarzeń, o których bracia woleliby jak najszybciej zapomnieć, a już na pewno nie chcą, by przypominano je elektoratowi. Cóż, to pewnie wrogie media znowu przekłamują rzeczywistość i przedstawiają w niekorzystnym świetle "najlepszego prezydenta od 1989 roku" oraz podważają jego twardość i nieustępliwość. Ale spokojnie, te "wściekłe ataki" niewiele zmienią i Kaczyński dostanie tyle głosów, na ile zasługuje. I znajdzie się tam, gdzie jego miejsce.
Tagi: polityka, polska, prawo, unia, pis, lech kaczyński, irlandia
frustratorium 2009-10-03 22:55:10
A jakie jest TWOJE zdanie? skomentuj (2)

PISZCIE CO CHCECIE! Nie trzeba się u mnie (dopóki blog.pl mnie do tego nie zmusi) logować, by wstawić komentarz. Nie usuwam obelg, wulgaryzmów, ataków poniżej pasa, nawet tekstów nie na temat. Wylecą co najwyżej zdublowane wpisy, jeśli komuś ręka się omsknie. WY TEŻ prezentujecie się w wybrany przez was sposób.