O polityce i nie tylko...
Chocholi taniec Lewicy
Tęsknota za "złotymi czasami", kiedy to lewa strona sceny politycznej dominowała w Polsce, była myślą przewodnią dzisiejszej konwencji programowej Lewicy. Zobaczylismy bowiem stare twarze, które najlepsze lata mają już za sobą, ale zbiegały się one z dobrym okresem dla Sojuszu. Oto Grzegorz Napieralski publicznie przyznał, że pozbywanie się z SLD "betonu" było błędem i że koniec z tym. Leszek "prawdziwy mężczyzna" Miller zapowiedział, że będzie ubiegał się o członkostwo w Lewicy. Józef "brzytwa" Oleksy waha się jeszcze, ale jest kwestią czasu, kiedy powtórzy krok innego byłego premiera. Kandydatem na prezydenta nie został syn Gierka (czyżby nazwisko jednak źle się kojarzyło?), ale (również mający korzenie w PZPR) Jerzy Szmajdziński. Przypomnę, to ten poseł, który PODOBNO coś robi w sprawie mojego pisma dotyczącego art. 196 KK. Podobno, bo jak na razie nie mam od niego żadnych wieści na ten temat. Piękny, ckliwy i jednak sztuczny klimat jedności i zgody próbował rozsiewać Aleksander Kwaśniewski, mający przewodniczyć sztabowi wyborczemu Szmajdzińskiego.
Dalej puste hasełka, buńczuczne teksty o silnej i wracającej do władzy partii, przyklaskiwanie sobie nawzajem i ogólny mdły, bezproduktywny bełkot. Napieralski, tak jak inni członkowie władz partii, dostał od niej wotum zaufania - szczerze mówiąc, nie wiem za co. Wszak to jemu (Olejniczakowi też, ale to "piękny Grzesio" kuma się z PiS-em, przedkłada swą pozycję nad przyszłość ugrupowania i nawet nie musi przyznawać, że nie radzi sobie z kierowaniem nim - BO WSZYSCY I TAK TO WIDZĄ) Lewica zawdzięcza swą słabą pozycję. Co tam, liczy się to, że starzy kumple wrócili. Szkoda tylko, że ten chocholi taniec już za niespełna rok zaowocuje moralniakiem i paniką. Nie ma bowiem najmniejszych szans na to, by Szmajdziński chociaż wszedł do drugiej tury czy nawet o nią powalczył. Nie ta liga.
Powrócił zatem zombiak po PZPR i ma się dobrze. Cóż, widocznie partia celuje w elektorat tęskniący za "silną władzą" czy "władzą ludową". Niestety, te grupy ludzi nie dość, że mają w zanadrzu PiS czy inne gwiazdy antydemokratycznego populizmu, to jeszcze... wymierają. Dosłownie. Z racji wieku. A młodzi widzą, że dana partia ich ignoruje i odpowiadają tym samym. Nie jest to dobra prognoza na przyszłość dla Lewicy. Ale o przyszłości myśli się w tej frakcji na razie tylko w jeden sposób: przetrwać wybory w 2011. A potem? Potem może nie być co zbierać.
PS. W sprawie akcji napisałem maila do europosłanki Senyszyn. Na razie zero reakcji. Widocznie wielka bojowniczka o prawa ateistów nie ma czasu dla szaraczków...
Tagi: polityka, polska, napieralski, lewica, szmajdziński, wybory, miller, kwaśniewski, stop art. 196 kk, oleksy
frustratorium 2009-12-19 22:16:30
A jakie jest TWOJE zdanie? skomentuj (2)
Życie na wylocie - cz. 2
Był zawsze trochę z boku
na bakier trochę był
właściwie nikt nie wiedział czym
Jaś naprawdę żył
Trudno w Polsce o bardziej zakręconą postać w polityce niż Rokita. Jan, Maria Władysław, Rokita. W jakiej partii nie był, czego z kim nie robił, kto go lubił, kto nie... sławy medialnej zakosztował nasz diabełek w komisji śledczej. Tej pierwszej i chyba najmniej nieproduktywnej. To kopnęło go wzwyż do nieformalnej roli jednego z liderów młodej wtedy jeszcze Platformy Obywatelskiej.
Taste me you will see
more is all you need
dedicated to
how I'm killing you
Nasz bohater rósł w siłę, rosła mu także pewność siebie i arogancja. Wymarzył sobie bycie "premierem z Krakowa". Wtedy jeszcze, czyli przed "nadejściem kaczyzmu", znany był głównie z częstej zmiany przynależności partyjnej, wady wymowy, łysiny i upodobania do kapeluszy. Potem była przegrana w Krakowie ze znajomym z komisji (w ramach pierwszej klęski PO), za chwilę druga i plany się odsunęły.
And when you wanted me I came to you
and when you wanted someone else I withdrew
A potem zobaczyliśmy w pełnej krasie żonę Janka, Nelly Arnold, kobietę pasującą do niego jak jedna połówka jabłka do drugiej. Uwaga, to nie był komplement. Kiedy Nelly dała się podkupić PiS-owi i prezydentowi (i odeszła z PO, w związku z czym wzrósł poziom inteligencji w obu partiach, jak mówi jeden dowcip o niej), Janek przyczaił się z dala od listy wyborczej, by czekać, kto go wezwie na premiera.
Lecz nikt o nim już nie mówi
nikt o nim nie pamięta
I nikt o nim nie pamiętał. Ofert nie było, toteż Janek z bólem serca postanowił, że zajmie się domem, podczas gdy Nelly ruszy posłować. Rola kury domowej nie usatysfakcjonowała jednak niepokornego Janka i na tyle zatęsknił on za polityką, że dostał rubrykę w "Dzienniku". Może ktoś tam go czytał, ale znowu było za mało.
Careful what you wish
you made a credit
careful what you wish
you just might get it
I wreszcie Monachium i słynny incydent z samolotem. To przysporzyło sławy nieco przygasłej gwieździe polityki, ale wątpię, czy ktokolwiek chciałby takiej sławy. Nie ma bowiem nic pozytywnego w tym rozpaczliwym krzyku "Ratujcie mnie, biją mnie Niemcy", otoczce tej sytuacji, późniejszych deklaracjach o "konflikcie z narodem niemieckim" i w końcu orzeczeniu grzywny. Doigrał się Jaś. Za zakłócanie porządku w samolocie dostał 3 tysiące euro grzywny, zaś za niezapłacenie tej sumy wystawiono w Niemczech nakaz aresztowania byłego posła. Jak tylko trafi do rajchu, posiedzi miesiąc, chyba że zapłaci. Na razie poseł się ukrywa.
I pomyśleć, że ten człowiek myślał o byciu przywódcą, a był posłem, którym przestał być tylko dlatego, że pod płaszczykiem resztki przyzwoitości zrezygnował z miejsca na liście PO i próbował (bezskutecznie) złapać dwie sroki za ogon. Całe szczęście, że Rokita nie jest już parlamentarzystą, choć i tak incydent monachijski przyniósł wstyd i jemu, i Polsce. Awantura wywołana tym, iż pewna ekscentryczna para domagała się lepszych warunków przelotu dla własnych płaszczy i kapeluszy niż dla siebie samych (mimo iż zapłacili za klasę ekonomiczną), trąci kiepskim dowcipem o pensjonariuszach domu bez klamek. Ale to wydarzyło się naprawdę. Zakochany w sobie były poseł, nie mogący znieść braku zainteresowania jego osobą, ściągnął sobie na głowę kłopoty i (oprócz grzywny i bycia personą non grata w ruchu powietrznym) nie ma już praktycznie szans na powrót do wielkiej polityki. Sam bowiem skompromitował się do reszty. I całe szczęście, boby go jeszcze znowu wybrali.
PS. Te muzyczne wstawki (i parafraza) to efekt tego, że w koncu u mnie robi się zima i mam dobry humor. Czego (zimy i humoru, nie zapowiadanego arktycznego mrozu) życzę wszystkim.
na bakier trochę był
właściwie nikt nie wiedział czym
Jaś naprawdę żył
Trudno w Polsce o bardziej zakręconą postać w polityce niż Rokita. Jan, Maria Władysław, Rokita. W jakiej partii nie był, czego z kim nie robił, kto go lubił, kto nie... sławy medialnej zakosztował nasz diabełek w komisji śledczej. Tej pierwszej i chyba najmniej nieproduktywnej. To kopnęło go wzwyż do nieformalnej roli jednego z liderów młodej wtedy jeszcze Platformy Obywatelskiej.
Taste me you will see
more is all you need
dedicated to
how I'm killing you
Nasz bohater rósł w siłę, rosła mu także pewność siebie i arogancja. Wymarzył sobie bycie "premierem z Krakowa". Wtedy jeszcze, czyli przed "nadejściem kaczyzmu", znany był głównie z częstej zmiany przynależności partyjnej, wady wymowy, łysiny i upodobania do kapeluszy. Potem była przegrana w Krakowie ze znajomym z komisji (w ramach pierwszej klęski PO), za chwilę druga i plany się odsunęły.
And when you wanted me I came to you
and when you wanted someone else I withdrew
A potem zobaczyliśmy w pełnej krasie żonę Janka, Nelly Arnold, kobietę pasującą do niego jak jedna połówka jabłka do drugiej. Uwaga, to nie był komplement. Kiedy Nelly dała się podkupić PiS-owi i prezydentowi (i odeszła z PO, w związku z czym wzrósł poziom inteligencji w obu partiach, jak mówi jeden dowcip o niej), Janek przyczaił się z dala od listy wyborczej, by czekać, kto go wezwie na premiera.
Lecz nikt o nim już nie mówi
nikt o nim nie pamięta
I nikt o nim nie pamiętał. Ofert nie było, toteż Janek z bólem serca postanowił, że zajmie się domem, podczas gdy Nelly ruszy posłować. Rola kury domowej nie usatysfakcjonowała jednak niepokornego Janka i na tyle zatęsknił on za polityką, że dostał rubrykę w "Dzienniku". Może ktoś tam go czytał, ale znowu było za mało.
Careful what you wish
you made a credit
careful what you wish
you just might get it
I wreszcie Monachium i słynny incydent z samolotem. To przysporzyło sławy nieco przygasłej gwieździe polityki, ale wątpię, czy ktokolwiek chciałby takiej sławy. Nie ma bowiem nic pozytywnego w tym rozpaczliwym krzyku "Ratujcie mnie, biją mnie Niemcy", otoczce tej sytuacji, późniejszych deklaracjach o "konflikcie z narodem niemieckim" i w końcu orzeczeniu grzywny. Doigrał się Jaś. Za zakłócanie porządku w samolocie dostał 3 tysiące euro grzywny, zaś za niezapłacenie tej sumy wystawiono w Niemczech nakaz aresztowania byłego posła. Jak tylko trafi do rajchu, posiedzi miesiąc, chyba że zapłaci. Na razie poseł się ukrywa.
I pomyśleć, że ten człowiek myślał o byciu przywódcą, a był posłem, którym przestał być tylko dlatego, że pod płaszczykiem resztki przyzwoitości zrezygnował z miejsca na liście PO i próbował (bezskutecznie) złapać dwie sroki za ogon. Całe szczęście, że Rokita nie jest już parlamentarzystą, choć i tak incydent monachijski przyniósł wstyd i jemu, i Polsce. Awantura wywołana tym, iż pewna ekscentryczna para domagała się lepszych warunków przelotu dla własnych płaszczy i kapeluszy niż dla siebie samych (mimo iż zapłacili za klasę ekonomiczną), trąci kiepskim dowcipem o pensjonariuszach domu bez klamek. Ale to wydarzyło się naprawdę. Zakochany w sobie były poseł, nie mogący znieść braku zainteresowania jego osobą, ściągnął sobie na głowę kłopoty i (oprócz grzywny i bycia personą non grata w ruchu powietrznym) nie ma już praktycznie szans na powrót do wielkiej polityki. Sam bowiem skompromitował się do reszty. I całe szczęście, boby go jeszcze znowu wybrali.
PS. Te muzyczne wstawki (i parafraza) to efekt tego, że w koncu u mnie robi się zima i mam dobry humor. Czego (zimy i humoru, nie zapowiadanego arktycznego mrozu) życzę wszystkim.
Tagi: polityka, polska, niemcy, prawo, incydent, jan maria rokita, nelly rokita
frustratorium 2009-12-14 21:28:00
A jakie jest TWOJE zdanie? skomentuj (0)
Ostrożnie ze zmianami
Niedawno po raz kolejny poszło szumne hasło "zmiana Konstytucji". Tym razem z projektem wyszedł premier Tusk. Co proponuje?
Coś, co w obecnej rzeczywistości nie przejdzie, bo nie ma odpowiedniej większości w Sejmie. Art. 235 ust. 4 stawia wymóg 2/3 głosów przy obecności co najmniej połowy ustawowego składu. Czyli sytuacja jeszcze gorsza niż przy wecie, bo na takie głosowania, z racji ich wagi, lubi się stawiać (I POWINNO) możliwie dużo posłów. 2/3 z 460 to 307. Maks 153 może nie poprzeć projektu. Pisowców jest w Sejmie obecnie 154. Do tego najnowsza przystawka PiS, czyli Lewica, oraz mniejsze kluby, koła i niezrzeszeni - nie ma szans na to, by projekt ograniczający kompetencje prezydenta (w tym momencie ostatniego bastionu Czwartej) przeszedł.
Ale mniejsza z tym, czy taki plan miałby sens? Przede wszystkim należałoby się zastanowić nad układem sił pomiędzy dwoma organami egzekutywy, bo sensu nie mają wieczne klincze i przepychanki o władzę i sposób jej sprawowania. Pisałem to już w swojej magisterce, że ustawodawca konstytucyjny chyba nie do końca był zdecydowany, gdzie usadowić ośrodek władzy - w Sejmie, w Radzie Ministrów, czy też może u Prezydenta. Wyszedł taki dziwny tworek, w którym udało się jedno - wzajemne hamowanie się. Tyle że nie chodzi tu o podkładanie nóg sobie nawzajem, a o sprawne i skuteczne kierowanie państwem, oraz takoż efektywne tworzenie prawa.
A w tej materii chodzi przede wszystkim o instytucję prawną przewidzianą przez art. 122 ust. 5 Konstytucji, czyli skierowanie ustawy do ponownego rozpatrzenia. Zwane powszechnie "wetem zawieszającym". W chwili obecnej weto, zamiast być środkiem poprawiającym jakość prawa, stało się narzędziem walki politycznej Brata Swego Brata z Premierem Aspirującym Do Roli Prezydenta. Same zapowiedzi Lecha Kaczyńskiego w 2007 roku, iż "będzie wetował wszystko", pokazywały, iż w rękach ludzi nieodpowiedzialnych jest to instrument bardzo szkodliwy, gdy się go nadużywa. A samo jego zastosowanie wystarczyło, by storpedować szansę uzdrowienia m.in. systemu służby zdrowia czy mediów publicznych. Za zadłużone i nieefektywnie zarządzane, marnujące środki szpitale, podziękujmy Kaczyńskiemu. Już za rok.
Zwraca uwagę fakt, iż rzadko kiedy głowa państwa korzysta z możliwości zwrócenia sie do Trybunału Konstytucyjnego celem kontroli zgodności aktu prawnego z ustawa zasadniczą, a jeszcze rzadziej wysuwa własne propozycje ustaw. Czemu tak się dzieje? Bo nie chodzi tu o kreację, ale destrukcję.
Sama możliwość poddania projektu pod ponowne głosowanie jest jednak cennym uprawnieniem kontrolnym głowy państwa. Można w ten sposób zasygnalizować pewne wady regulacji, bo Prezydent poprawek nie może zgłaszać. Kwestia uzasadnienia. Weto powinno więc zostać. Niemniej obecne wymogi konstytucyjne, związane z jego obalaniem, zbyt łatwo zezwalają na uczynienie ze środka przewidzianego przez art. 122 ust. 5 tego, czym jest obecnie - narzędzia walki głowy państwa z rządem. A to nie służy demokracji. Służy jej psuciu i destabilizacji.
Czy zatem ograniczać uprawnienia prezydenta? TAK, ale ostrożnie. Moim zdaniem do poprawki regulacja dotycząca weta. Ustawowy próg jest za duży, wystarczy bezwzględna większość. Reszta - jest OK. Sporo bowiem zależy tu od człowieka, a nie mamy gwarancji, że ktokolwiek, kto zasiądzie w Pałacu po Lechu Kaczyńskim, będzie godny swego urzędu. Z drugiej strony, to samo dotyczy premiera czy kogokolwiek, kogo wybieramy do władzy. Bo nie chodzi tu tylko o Kaczyńskiego i Tuska.
A co do reprezentacji na zewnątrz - art. 133 ust. 1:
Prezydent Rzeczypospolitej jako reprezentant państwa w stosunkach zewnętrznych: 1) ratyfikuje i wypowiada umowy międzynarodowe, o czym zawiadamia Sejm i Senat, 2) mianuje i odwołuje pełnomocnych przedstawicieli Rzeczypospolitej Polskiej w innych państwach i przy organizacjach międzynarodowych, 3) przyjmuje listy uwierzytelniające i odwołujące akredytowanych przy nim przedstawicieli dyplomatycznych innych państw i organizacji międzynarodowych.
Katalog zamknięty. Ratyfikuje i wypowiada - czyli dopina to, co INNI wypracowali, ewentualnie kończy sprawę. Jest gdzieś coś o negocjowaniu treści? Nie ma. A skoro tak, to
Art. 146.
1. Rada Ministrów prowadzi politykę wewnętrzną i zagraniczną Rzeczypospolitej Polskiej.2. Do Rady Ministrów należą sprawy polityki państwa nie zastrzeżone dla innych organów państwowych i samorządu terytorialnego.
Wszystko jasne?
PS. Możliwe, że udało mi się pozbyć koszmarnego efektu rozlewającego się tekstu na przeglądarkach innych niż IE. Przynajmniej na Safari zadziałało. Jeśli coś dalej będzie nie tak, powiadomcie mnie o tym.
Tagi: polityka, polska, tusk, prawo, lech kaczyński
frustratorium 2009-11-25 20:15:15
A jakie jest TWOJE zdanie? skomentuj (0)
Przeprowadzka
Przez ponad rok użerałem się z interfejsem użytkownika, wymagającym znajomości języka HTML. Ustawiałem szablon, kolory, godzinami grzebałem w ustawieniach. Czasem się bawiłem, czasem po prostu trafiał mnie szlag, gdy efekt moich działań okazywał się słaby albo gdy go w ogóle nie było. Co do tego ostatniego przypadku - użytkownicy innych przeglądarek niż IE, próbujący dodać komentarz do ktorejkolwiek z moich notek, narażeni są na ból oczu, zez rozbieżny, zmęczenie wzroku, problem z odbiorem tekstu czy po prostu atak złości skierowany przeciwko autorowi - mnie.
Ja, jako osobnik nie mający projektowania stron WWW w małym palcu, kombinowałem jak koń pod górę, ale jednocześnie po cichu nosiłem się z myślą zmiany platformy blogowej. Z drugiej strony, nie chciałem pozbywać się tych wszystkich notek, gdyż blog.pl nie ma jeszcze opcji zapisu całego archiwum z komentarzami w formie pliku tekstowego czy migracji. A może o czymś nie wiem? Mniejsza z tym, znając życie musiałbym pewnie głowić się godzinami, jak poprawnie wykonać tą opcję.
Ale do rzeczy; przeskoczyłem wreszcie na wordpress. W tym miejscu dziękuję userowi podpisującemu się jako Laudate, gdyż to on mi polecił ten portal. Już widzę, że wygląda to lepiej i jest łatwiejsze w obsłudze. Adminom serwisu blog.pl zostawiam to pod rozwagę.
Z tego adresu nie zrezygnuję, po prostu zostawię go sobie "awaryjnie", gdy (dopuszczam taki rozwój wydarzeń) nie będę chciał wrzucać jednego dnia dwóch lub więcej wpisów, a będzie co opisywać. Niemniej, w trosce o oczy i nerwy zagladających na tą stronę ludzi, będę ich rzadziej nękał na blog.pl, przynajmniej do momentu rozwiązania problemu z rozjeżdżającą się na pelną szerokość ekranu czcionką. Ten portal pozostanie także domem akcji "stop art. 196 KK" - kolejny powód, by coś pod tym adresem jednak było. Tymczasem zapraszam w moje nowe internetowe progi, gdzie w tej chwili (18:08) szykuję kolejną porcję szpilek do wbicia w nadęte balony ludzkiej ignorancji. Do miłego!
PS. Racjonaliści wciąż toczą boje z prokuraturą w Białymstoku, która najwyraźniej nie widzi nic dziwnego w tym, iż kawałek ludzkiego serca znalazł się na hostii. Nadmieniam, iż nie jest to kawałek naskórka czy włosa, ktory ot tak sobie może wypaść. Teraz poszło odwołanie do wyższej instancji. Popieram akcję z całego serca, bo chociaż współczuję kondycji finansowej małej i podupadłej mieścinie na ścianie wschodniej, jaką jest Sokółka, to jednak uważam, iż są mniej makabryczne sposoby na podratowanie owej mieściny niż umieszczanie na hostii kawałka tkanki, która równie dobrze może pochodzić od zwłok lub z zabójstwa i nabijanie kabzy na mąceniu ludziom w głowach. A poza tym równie dobrze może to być uznane za bezczeszczenie hostii i kpinę z chrześcijaństwa ("ciało Chrystusa") - zgadnijcie, drodzy Państwo, pod jaki paragraf podpada to ostatnie???
I tym szyderczym akcentem macham na do widzenia obu stronom "bitwy o Sokółkę".
Tagi: religia, autor, incydent, stop art. 196 kk, sokółka
frustratorium 2009-10-26 18:17:53
A jakie jest TWOJE zdanie? skomentuj (0)
Przerwa w obowiązkach
Doprawdy, oderwanie Jarosława Kaczyńskiego od rzeczywistości i jego hipokryzja nie przestaje mnie zadziwiać. Przyznaję, sam już nie wiem, czy ten człowiek cynicznie ciśnie kit w żywe oczy ludziom, czy też jednak naprawdę wierzy w swe słowa i łudzi się, że jego marzenie stanie się prawdą. Pomimo robienia wszystkiego, by tak się nie stało.
Zacznijmy od dokumentów w sprawie tzw. "tarczy antykorupcyjnej", którą Mariusz Kamiński miał otoczyć Stocznie. On mówi, że nic takiego nie miało miejsca. Potem, że mu rząd czegoś takiego nie zlecał. Minister Cichocki (który już raz swoim tubalnym głosem wyjaśnił, że Kamiński zwyczajnie kłamie), tym razem wskazał na dokumenty (SPRZED ROKU), które nakazują szefowi CBA przyjrzeć się prywatyzacji polskiego przemysłu stoczniowego. Ba, sam szef CBA opisał takie działania w rocznym raporcie z działalności swej służby. Własnoręcznie sporządzonym. W tym miejscu ręce opadają, bo ciężko uwierzyć w to, że ktoś może w tak żenujący i prosty, by nie napisać prostacki, sposób wyłożyć się publicznie na własnych oskarżeniach. No chyba że Centralnym Biurem Antykorupcyjnym kierował dyletant, ktory nawet nie wie, co pisze i podpisuje. Przy czym Kamiński o wynikach własnej pracy (które tak szumnie i kwieciście opisywal w mediach) nie raczył poinformować swego przełożonego.
Natomiast swego byłego przełożonego najwidoczniej powiadomić nie omieszkał, biorąc pod uwagę zaangażowanie tegoż w sprawę. I tutaj Kaczyński pokazuje, że dla wsparcia piramidalnej bzdury autorstwa PiS-u jest on w stanie ośmieszyć się do reszty. Uwaga, były premier stwierdza, iż "dokumenty były antydatowane". Czyli sporządzone później i opatrzone datą wcześniejszą, ergo - sfabrykowane. Pisma powszechnie dostępne! Ten Kaczyński, który przeciwników politycznych osądza i skazuje już po poszlakach i pomówieniach (bo zarzutów jeszcze brak), dowody na swą niekorzyść (bo oto sypie się kolejna afera, która miala pogrążyć PO) uznaje za sfałszowane! Brakuje jeszcze tylko fraz o "wściekłym ataku" i "wrogich mediach", by dopełnić obrazka największego politycznego zadymiarza ostatnich lat.
Jednak inna kwestia sprawia, że nie wiem, czy tarzać się ze śmiechu, czy osłupieć ze zgrozy. Otóż okazało się, iż Kamiński nie stracił stanowiska, a jedynie został zawieszony w czynnościach. "Geniusz Mazowsza" znowu nie przegapił okazji i stwierdził, że Kamiński ma przerwę w wykonywaniu funkcji. Po czym "Wielki Strateg" dodał "Ja też mam teraz przerwę". A zaraz potem typowa propagandowa papka. I jak tu się nie zaśmiać? Toż klapki na oczach ma facet większe niż własne ego! On jest święcie przekonany, że wróci do władzy, i to zaraz. Negacja rzeczywistości jest tu tak silna, że dla takiego efektu trzeba było chyba poświęcić LATA na karmienie się własnym mesjanizmem i uodparnianie się na cokolwiek innego niż to, co się chce usłyszeć. Kaczyński znowu doprowadza pisowskich PR-owców do płaczu, gdyż dobitnie pokazuje, że jakakolwiek zmiana wizerunkowa to dla niego rzecz absolutnie niezrozumiała. W sumie jestem pełen podziwu dla ich uporu i cierpliwości, bo to, że lider PiS-u jest niezdolny do jakiejkolwiek zmiany wizerunkowej, wie zdecydowana większość ludzi w tym kraju. Równie dobrze można by trenować zdechłego konia i przygotowywać go do Wielkiej Pardubickiej. Efekt bowiem będzie taki sam - ŻADEN, ZEROWY, TOTALNA PORAŻKA.
Takie też są szanse PiS-u na wygranie przyszłych wyborów parlamentarnych. Agresywny, zaślepiony walką o władzę, bezproduktywny, babrzący się w brudach i przeszłości PiS nie ma szans na pokonanie PO, która wciąż zostawia partię Kaczyńskiego w tyle choćby dlatego, że myśli o Polsce, a nie tylko o sobie i władzy. A przynajmniej sprawia takie wrażenie. PiS nawet nie stara się tego udawać. Stąd tak jak u Kamińskiego, u Kaczyńskiego "przerwa w wykonywaniu funkcji" będzie bezterminowa. I całe szczęście.
PS. Prawdziwa zmiana wizerunkowa w Prawie i Sprawiedliwości możliwa jest jedynie wtedy, gdy pierwsze skrzypce przestanie w niej grać Jarosław Kaczyński, a z nim jego wierni pretorianie. Nie jest to bowiem polityk, który poza agresją i pieniactwem ma cokolwiek do pokazania, nie wspominając już o czymkolwiek pożytecznym i wartościowym.
Tagi: polityka, polska, pis, jarosław kaczyński, cba, mariusz kamiński
frustratorium 2009-10-24 12:34:29
A jakie jest TWOJE zdanie? skomentuj (7)
Wyborcze przebieranki
Dzisiaj mija 2 lata od dnia, w którym naród powiedział Jarosławowi to, co jego brat niegdyś odrzekł jednemu mężczyźnie. Data znamienna, bo wychodzi półmetek. A co na półmetku? Dla Jarosława niezbyt ciekawie. Czerwcowe wybory do Parlamentu Europejskiego pokazały wyraźną nieskuteczność pisowskiej nagonki na PO. Wyniki bowiem były łudząco podobne do rezultatu ostatnich wyborów do Sejmu i Senatu. Kryzys nie okazuje się taki straszny, "afery" CBA też nie powaliły na kolana ani rządu, ani premiera (ani tym bardziej "słupków"), kiepskie graficznie i siermiężne w stylizacji spoty trafiają jedynie do betonowego elektoratu, największe pisowskie "orły" są w Brukseli, spotkanie przy piwie z internautami (z "Salonu24", który aż się roi od sympatyków PiS - to wiele wyjaśnia) nie przyniosło przełomu, Dorn z innymi "uciekinierami" próbuje budować alternatywę... ogólnie jest słabo.
Nieskuteczność wizerunkową obecnego PiS-u zauważyli nawet PR-owcy tej partii i postanowili przedstawić nam kolejnego nieudolnego kameleona. Ktoś w końcu doszedł do wniosku (słusznego zresztą), że obecny wizerunek Prawa i Sprawiedliwości nie daje im wystarczającej ilości głosów, aby to ugrupowanie wróciło do władzy. Stąd mamy zmianę.
Na czym ona polega? Po pierwsze, na odsunięciu od mediów najbardziej znanych pisowskich twarzy, czyli Gosiewskiego, Kuchcińskiego, Brudzińskiego et cetera. Macierewicz do komisji śledczej też nie trafi. To po to, by "nie drażnić umiarkowanego elektoratu". Czyli lekką ręką odstawia się w niebyt najbardziej "zasłużonych" i ustawia na ich miejscu postacie z drugiego lub trzeciego szeregu PiS, zapewne kompletnie nieznane. W sumie różnica żadna, bo i tak według nowego statutu "liczy się linia partii, a nie własne pomysły", zatem tak czy siak będziemy mieli do czynienia z marionetkami "Wielkiego Stratega".
Który to "Strateg", uwaga! będzie unikał angażowania się w doraźne polityczne spory, prostym językiem mówić o konkretach, pozbyć się emocjonalności ze swych wypowiedzi i zabierać głos wyłącznie w sprawach najwyższej wagi (np. afera hazardowa). I jeszcze jedno: jego wypowiedzi mają odnosić się wyłącznie do Donalda Tuska, czyli polityka z tej samej półki co Kaczyński.
Podsumowując, powody i cele słuszne - bo Jarosław wystarczająco się kompromituje, wypowiadając się przy każdej śmiesznej bzdurce i pierdółce, bo za bardzo ukazuje (przez swe emocje) pęd do władzy i desperację, bo jego osobowość jest odpychająca, bo za bardzo się wywyższa i poniża innych zarazem, bo jakąkolwiek swoją wypowiedzią czy działaniem przynosi partii więcej szkody niż pożytku. Bo po prostu szkodzi samym swym istnieniem. Niestety, fakt wypowiadania się "wyłącznie na temat Tuska" jasno zdradza, że para idzie w gwizdek. Prezes K. ma bowiem taką obsesję na punkcie utraconego stołka, że samo wspomnienie o człowieku, ktory mu to stanowisko odebrał, a także jego frakcji, powoduje silne negatywne emocje. A jeśli zezwoli mu się na wypowiadanie się publicznie, oznacza to prawie pewne uzewnętrznienie frustracji związanej z utratą władzy i desperacji związanej z zerową skutecznością prób jej odzyskania. Najlepiej by zatem było, by prezes w ogóle nie występował w mediach, ale skoro chce, to lada chwila, tak jak w lutym, rozwali "nowy wizerunek" i znowu nie drgnie mu przy tym powieka. Tak samo bezmyślnie i bezrefleksyjnie. TO JEST RÓWNIE PEWNE JAK TO, ŻE 2*2=4. Ale w tym wieku wizerunku ani poglądów nie da się zmienić, a biorąc pod uwagę niechęć Kaczyńskiego do zmian (gdyby się zmienił, wyszłoby na to, że coś źle robił, tzn. że się mylił - dla tak zapatrzonego w siebie człowieka sama taka myśl jest niedopuszczalna) wyjdzie tak jak zawsze. Czyli klapa. Nie wspominając o tym, że PiS tyle razy bez sukcesu markował zmiany, iż bardziej wiarygodny byłby Gołota, gdyby założył na głowę blond perukę i udawał kobietę. Wiarygodność boksera sprawdzona zostanie w sobotę (przez Adamka); wiarygodność PiS-u już od dawna leży i kwiczy.
I po raz kolejny wychodzi, czemu PiS-owcy (a za PiS-em jego zwolennicy) atakują PO za "pijar". Po prostu pisowscy PR-owcy (Bielan, Kamiński itd.) są tak kiepscy i nieudolni, że ich wysiłki skazane są na porażkę. Z drugiej strony i fachowcy w tej dziedzinie załamaliby się po próbach uładzenia człowieka, który uładzić się nie da i nie chce, bo jedyne czego on chce, to JUŻ! TERAZ! NATYCHMIAST! być z powrotem premierem. A faktu, iż poza tym ślepym pędem do władzy nic dla Kaczyńskiego się nie liczy (ani tego, że znowu gadka o PO przysłonić ma totalną niemoc i pustkę programową PiS), nie ukryje GADANIE o zmianach. Bo ponownie na gadaniu się skończy. W najlepszym wypadku na paru tygodniach mdłego kadzenia.
PS. A propos spotów. Ciekawe, jak do tekstów o "nie drażnieniu umiarkowanego elektoratu" ma się kolejny, utrzymany w klimacie poprzednich, "pokurskich" gniotów, filmik. Moim zdaniem już teraz widać, że jest to fraza mocno na wiwat. Tyle że z tą partią jest jak z wypchanym orłem. Pióra, skrzydła, dziób ma. Wszystko ma. Ale za cholerę nie poleci.
Tagi: polityka, polska, wybory, pis, jarosław kaczyński, spot
frustratorium 2009-10-21 18:15:42
A jakie jest TWOJE zdanie? skomentuj (0)
Rozmowy kontrolowane
I oto mamy kolejną dętą (podobnie jak poprzednie) aferkę, tak bardzo wpisującą się w schemat tych poprzednich, że aż żal patrzeć na wysiłki Jarosława i spółki. Czyli: pada hasło, jest tabloidowa gra na emocjach i zamazywanie prawdy, próba możliwie szybkiego urobienia opinii publicznej... i czekamy na żniwa. Gorzej, że jeszcze nic się na poważnie nie zaczęło, a pisowcy już wpadają w dołek, który sami wykopali. Niejaki Wassermann Zbigniew oskarża niejakiego Abdula Rachmana el-Assira (chcącego niegdyś kupić stocznie) o "udział w nielegalnym handlu bronią" i pyta z oburzeniem, czemu ABW jeszcze nie zajęło się tym panem. Na dowód na to, jak bardzo Wassermann liczy na naiwność społeczeństwa, niech posłuży informacja o tym, że w 2007 r. on sam (jako koordynator służb specjalnych) zlecał ABW jego sprawdzenie... i nic nie znalazł. Żeby było śmieszniej, to u el-Assira pracuje obecnie Robert Draba, ówczesny doradca prezydenta. Kaczyńskiego, a jakże.
A co do wiary w naiwność wyborców i olbrzymiego ładunku hipokryzji, którymi to przymiotami obdarzony jest były minister - ten wywiad (a raczej jego końcówka) mówi sama za siebie. Popatrzcie na diametralną różnicę zdań wobec osób z oskarżeniami. TEN SAM WYWIAD, DOSŁOWNIE PARĘ ZDAŃ NIŻEJ!!! To trzeba mieć tupet.
Ale do rzeczy. Podobno ABW nagrywała dziennikarzy. Jednego z "Rzeczypospolitej" (dziwnym trafem oskarżony o zniesławienie wiceszefa ABW) i jednego z TVN. Straszne. Pis zapałał świętym oburzeniem, jak zwykle, niepomny czasów, kiedy to Ziobro na konferencji prasowej ogłosił, co "Wyborcza" napisze następnego dnia. Dziwne, nie?
Oczywiście w całą sprawę musiał się wtrącić "premier stulecia" i jak zwykle, nie bacząc na fakty, powiedział swoje i znikł. W tym momencie już wiadomo, że to kolejna sztukowana na silę sprawa, mająca w założeniu skompromitować PO i powołanego przez Tuska szefa ABW, Krzysztofa Bondaryka. A jak to wygląda w rzeczywistości? To, że prezes K. rzuca słowa głównie po to, by udowodnić (często karkołomną) tezę i że rzadko kiedy jego "chęć niesienia pomocy poszkodowanym" skutkuje czym innym niż niedźwiedzią przysługą, to jest jedno. Po prostu Kaczyński (zwyczajowo) nie wytrzymał i uznał, że jako autorytet (bez komentarza) musi zająć stanowisko w sprawie. Nieważne prawo, przepisy itd. Jest teza i koniec! Nieważne, że wypowiedź Kaczyńskiego nie ma zbytniego oparcia w ustawie. Natomiast samo jego wejście w sprawę oznacza, że prezes K. chce na niej zbić kapitał polityczny, bo poczuł okazję. Samo to nasuwa podejrzenia co do prawdziwości oskarżeń "Rzepy", która od dłuższego czasu ma reputację tuby propagandowej PiS-u.
A jak się ma rzeczywistość do wersji eks-premiera? Jak zwykle, niewiele ma z nią wspólnego. Był dziennikarz, niejaki Wojciech S., podejrzany o nielegalny handel (głośnym swego czasu) aneksem do raportu o likwidacji WSI. Jego rozmowy były nagrywane. I z użyciem jego telefonu dwóch pozostałych dziennikarzy ABW nagrała "niechcący". Po prostu ktoś z cudzej komórki zadzwonił do kogoś innego. A w tle rozgrywa się jeszcze sprawa (cywilna) o pomówienie, którego sprawcą ma być jeden z rozmówców, a ktorego rozmowa stanowi materiał dowodowy w owym cywilnym procesie. Całość jest, jak widzimy, prozaiczna. Przy czym Kaczyński nie ma podstaw (przynajmniej nie wysuwa ich; cóż, jeśli już prawnik mówi prawniczo o jakimś wydarzeniu i formułuje wypowiedź ocenną, powinien podać podstawy na takie, a nie inne tezy - ale może wymagam za wiele), aby wątpić w legalność udostępnienia tych materiałów jako potencjalnego źródła dowodów. Czyli znowu publiczna kompromitacja prezesa. Ale tak to jest, gdy ktoś pcha się tam, gdzie sobie ewidentnie nie radzi, głównie z powodu swego zaślepienia i nadmiernej koncentracji na jednym celu. Jakim? Każdy wie.
Przesyt to słówko na ten, kończący się tydzień. Kto wie, czy nie na następny. Obozowi "czwartej", jak zawsze zresztą, zabrakło umiaru i zasypano ludzi tyloma dętymi skandalami, że próg tolerancji na jałowe bzdury pękł. "Genialny Strateg" oczywiscie tego nie przewidział, ale sama tylko mnogość tych "afer" (które polegają głównie na tym, ze ktoś z kimś rozmawiał i że nie przyjął łapówki) powoduje ich niską wiarygodność. Jeśli dorzucić do tego rozpaczliwe (i też typowe) wrzaski PiS-u o końcu państwa, konieczności dymisji rządu czy Trybunale Stanu, to mnie nasuwa się jedna myśl - histerycy polityczni dalej nie mają sposobu na wygranie wyborów uczciwie, więc próbują obalić rząd środkami pozakonstytucyjnymi.
Szkoda tylko, że udawana troska o państwo i waga wyolbrzymianych przewin członków rządu w dalszym ciągu nie jest w stanie ukryć tego, że PiS to tylko demagogia. A z uwagi na to, iż Jarosław (z Wassermannem do spółki) na dobre zabetonował się na głosy inne niż peany dla niego samego i jego partii, to tym samym nie zauważył, że "ofensywa jesienna" już mocno sypie się po brzegach. I z tego powodu to żenujące widowisko (niestety) jeszcze trochę potrwa.
Tagi: polityka, polska, prawo, rzeczpospolita, pis, jarosław kaczyński, abw, afera stoczniowa, wassermann
frustratorium 2009-10-18 08:21:59
A jakie jest TWOJE zdanie? skomentuj (3)
W gorącej wodzie kąpany
Mariusz Kamiński odwołany. Chwilowo jego obowiązki pełni niejaki Paweł Wojtunik, dotychczasowy szef CBŚ. Podobno jest apolityczny. I dobrze. Jednak może nie zagrzać długo miejsca na nowej posadzie.
Dlaczego? Otóż premier Tusk, jak wiemy, oblężony przez kontrataki Mariusza Kamińskiego (typu wydumana "afera hazardowa" i jeszcze bardziej wydumana, ale o tym za chwilę, "afera stoczniowa"), działał szybko i zdecydowanie. Stanowiska straciło sześciu ministrów (w tym nareszcie Andrzej Czuma), a dzisiaj powołano trzech nowych - sportu (Adam Giersz), sprawiedliwości (Krzysztof Kwiatkowski) i spraw wewnętrznych (Jerzy Miller). I ten siódmy, formalnie neutralny - w praktyce ciężko nazwać neutralnym kogoś, komu wyraźnie zależy na medialnym rozdmuchaniu sprawy i wykreowaniu siebie jako "tego, który jest karany za walkę ze złem", a rządu jako bandy przekrętarzy i oszustów, przy czym dowody na to ostatnie też takie silne nie sa. Dość stwierdzić, że w sprawie "hazardówki" śledztwo dalej toczy się w sprawie, a przy "stoczniówce" nawet NSZZ "Solidarność" (znana ostatnio z wybitnie propisowskich i antyrządowych sympatii) zaprzecza istnieniu "afery", która polega głównie na tym, iż w celu spłaty długów Stoczni Gdańskiej sprzedano część jej majątku poniżej wartości. Na tej samej zasadzie można by utrącić praktycznie każdego komornika w Polsce, ale przecież nie chodzi o zasadę, tylko o szum. I podobno z niejasnych powodów odrzucono inwestorów, ale kiedy to samo robił pisowski Minister Skarbu Wojciech Jasiński, CBA najwidoczniej było zajęte węszeniem za Schetyną (i "przypadkiem" trafiło na Sawicką), bo Jasiński żadnych zarzutów nie ma.
Za, delikatnie rzecz ujmując, nieczyste metody stosowane w śledztwach (bo metoda "na czuja", polegająca na (kompletnie bez uzasadnienia i podejrzeń) węszeniu, podsłuchiwaniu i prowokowaniu oraz wymuszaniu wzięcia łapówki, trąci stalinowskim "Pokażcie mi człowieka, a ja na niego znajdę paragraf" - CZY TAK MAJĄ DZIAŁAĆ SŁUŻBY W PAŃSTWIE DEMOKRATYCZNYM???) Kamiński poleciał. Gorzej, że Tusk ma chyba zbyt dużą chęć pokazania, jaki to on nie jest twardy i skuteczny. Całość stoi w oczywistej opozycji do działań Jarosława Kaczyńskiego, który ministrów odwoływał głównie dla uratowania ich przed wotum nieufności, lub dlatego, że koalicja się sypnęła, czy też z powodu walki CBA z tymi ministrami. Może i o to chodzi. Niemniej odwołanie szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego bez wymaganej opinii Prezydenta (mniejsza z tym, że i tak miała być negatywna, nie jest ona wiążąca dla premiera, podobnie jak zdanie sejmowej komisji do spraw służb specjalnych oraz rządowego kolegium ds służb specjalnych, ktore to komisje wydały jednak opinie pozytywne) może doprowadzić do tego, iż Kamiński wróci na swoje stanowisko jako bezprawnie odwołany.
A Kamiński, w glorii chwały (bo jakżeby inaczej) wracający na swój dawny stołek to coś, czego Tusk w tej chwili absolutnie nie chciałby doświadczyć. Więcej - trudno o zdarzenie, którego obecny premier bardziej chciałby uniknąć i które byłoby jeszcze bardziej niekorzystne dla niego niż triumfalny powrót Kamińskiego do CBA. "Nowy-stary szef" będzie istniał (zresztą sam się tak pewnie przedstawi, a jeśli nie, to tak go przedstawi PiS) jako żywy symbol indolencji obecnej władzy i jako męczennik za Prawo i Sprawiedliwość (faktycznie za partię, według partii za hasła, których to ugrupowanie zrobiło i wciąż robi parodię). Będzie śmiał się Tuskowi w twarz i z poczuciem misji dla PiS-u produkował kolejne haki na jesienną ofensywę tej formacji. Naprawdę, można było zaczekać, tym bardziej że ustawa wspomina o "niezwłocznej opinii", co rozumie się zwykle tak, że zbędna zwłoka przy jej wydawaniu zwalnia opiniobiorcę z obowiązku czekania na zdanie opiniodawcy. Tydzień i szef CBA poleciałby, a Tusk miałby czyste ręce i sen sprawiedliwego. Za to teraz zacznie się zmasowany atak na premiera, że nie dochował tej procedury i że ma coś na sumieniu itd. itp. Jeśli chodzi o PR, to poprzednie dymisje i przyjęcia dymisji były dobrym zagraniem (może nawet trochę zbyt ostrym), ale pośpiech z wymianą szefa CBA to fatalny ruch. Tym gorszy, że można było z łatwością uniknąć kłopotów, jakie on może wywołać.
Tagi: polityka, polska, tusk, pis, po, cba, afera hazardowa, mariusz kamiński, afera stoczniowa, wojtunik
frustratorium 2009-10-13 19:12:43
A jakie jest TWOJE zdanie? skomentuj (0)
Między młotem a kowadłem
Sobota. Dziś, w samo południe, ma nastąpić uroczyste podpisanie Traktatu z Lizbony. Pozornie nic mu nie zagraża, ale partia o żartobliwej nazwie "Prawo i Sprawiedliwość" po raz kolejny udowadnia, że oportunizm polityczny i głupota nie znają granic.
O co chodzi? Za mało było widać zwlekania i "doktor dyrektor" wkurzył się, bo mniejsza połowa Zjawiska Biologicznego Kaczyńscy dokona dzisiaj czynu, który jaskrawo kłóci się z ksenofobią i antyeuropeizmem "obozu toruńskiego". Czytaj: poparcie Darth Mohera szlag trafi. Bo Zjawisko Biologiczne jest tak ze sobą związane, że prawie wszystko co robią, robią razem i trudno się też dziwić, że czyny, zaniechania i poparcie (lub jego brak) jednego brata MUSZĄ odbijać się na drugim. Lech i tak szans na reelekcję praktycznie nie ma (za dobrze go znamy), Jarosław na wygranie wyborów też taki sam powód), ale chociaż na wejście do Sejmu chciałby mieć. I oto radośnie, bezrefleksyjnie, pisowcy strzelają sobie w stopę... wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie konstytucyjności Traktatu Lizbońskiego.
Co w tym takiego dziwnego? Bo jakby ktoś zapomniał, to przypomnieć jestem zmuszon, iż to za rządów "wielkiej koalicji" Samo-Ligo-PiS uzgadniano treść tego dokumentu, a ze strony Polski dokonywał tego nikt inny jak prezydent (formalnie, na miejscu) i premier (faktycznie, na odległość). A przecież tak hucznie odtrąbiono sukces po tym słynnym szczycie, na którym zaprezentowano negocjacyjny model "wysłannika bez instrukcji", tak głośno opisywano "oscarową rolę" prezydenta (Dustin Hoffman na bis? więcej nie napiszę z wiadomych powodów) - dopiero po jakimś czasie okazało się, że trzeba ratować polski przemysl przed bankructwem, bo prezydent, z sobie tylko znanych powodów, "wynegocjował" wybitnie niekorzystne dla Polski limity dwutlenku węgla. Kiedy 13 grudnia 2007 r. (już za Tuska) w klasztorze Hieronimitów w Lizbonie prezydent uroczyście podpisywał Traktat, PiS wręcz szalał z radości; sama zaś głowa państwa stwierdziła (za Wikipedią): "Polska w istocie wywalczyła wszystko, co chciała". WTEDY PiS nie miał żadnych obiekcji co do tekstu aktu, pod którym głowa państwa złożyła sygnaturę. W kwietniu 2008 r., przy ustawie ratyfikującej TL, nie było widać ani słychać pisowców zatroskanych o konstytucyjność TL. I nagle, kiedy już prawie koniec tej farsy, ci wyskakują z wnioskiem?
Teraz ewentualne zmieny to już musztarda po obiedzie. Za późno na nie. Prezydent Republiki Czeskiej, Vaclav Klaus, jeszcze się łudzi i próbuje coś wymuszać, ale równie słabo widzę jego szanse na uzyskanie czegokolwiek. A u nas? Nie zdziwię się, jeśli nasz prezydent znowu skorzysta z okazji i "zaczeka" na orzeczenie TK. Ale to będzie tylko kupienie paru tygodni. Czesi mają podpisać traktat do Sylwestra. Trybunał może się spróbować uwinąć do końca roku, ale zobaczymy. A jeśli orzeknie nie po myśli radiomaryjnego PiS-u, to pewnie w stronę tego organu poleci od "prawych i sprawiedliwych" parę niewybrednych komentarzy, obrazujących niespotykany szacunek PiS-u do prawa i judykatywy.
Wszystko po to, by spróbować nabić punkty i tutaj. Prawo i Sprawiedliwość strzela sobie w stopę i neguje własne przeszłe działania po to, aby pomachać odbiorcom mediów "obozu toruńskiego" oraz nacjonalistycznej, skrajnej prawicy. Pisowcy, przerażeni niezadowoleniem Darth Mohera, atakują (nieświadomie) własnego lidera i własnego prezydenta, aby świeżo upieczony doktor (który został doktorem nie ze względu na pęd do wiedzy, ale do fotela rektorskiego) dalej ich popierał. I w tym momencie prezydent stoi w rozkroku - jeśli podpisze, to brat i jego partia będą mieli ciężko, a kanapa o nazwie "Ruch Przełomu Narodowego" podniesie głowę. Jeśli w ostatniej chwili zawaha się i wykorzysta okazję do odwleczenia niewygodnego obowiązku, pokaże Polsce i Europie, że nie jest nikim więcej niż tylko namiestnikiem PiS-u na Belweder. I tak źle, i tak niedobrze. Po raz kolejny sieć sojuszy i układzików przyprawia Lecha Kaczyńskiego o istny ból głowy. Niemniej (choć nie wiadomo, czy wniosek "pobożnych" członków PiS w ogóle wpłynął do TK), zdziwiłbym się bardzo, gdyby TL podpisano dzisiaj. Po prostu nie wierzę, by prezydenta stać było na takie nieposłuszeństwo wobec takiej manifestacji woli Torunia i PiS. Za bardzo stał się ich zakładnikiem.
PS. Prezydent podpisał. A jednak można podejść do sprawy solidnie i rzeczowo, nie bawiąc się ani nie podpinając pod partyjne gierki. Ciekaw tylko jestem, co na to powie Toruń. I czy dalej będzie tak ochoczo wspierał braci.
Tagi: polityka, polska, czechy, prawo, unia, pis, lech kaczyński, jarosław kaczyński, trybunał konstytucyjny, traktat lizboński
frustratorium 2009-10-10 09:33:32
A jakie jest TWOJE zdanie? skomentuj (0)
Ten zbawienny podpis
Doczekamy się? Najpewniej tak. Dzisiaj rano na stronie prezydenta pojawił się wpis, mówiący o podpisaniu Traktatu z Lizbony w niedzielę wieczorem. Wieczorem, bo rano głowa państwa jedzie do Watykanu, oddać pokłon papieżowi. Tak informował jeszcze jeden pisowski "przechowaniec" w Pałacu, Aleksander Szczygło. Potem wpis zniknął. Szczygły nie omieszkał objechać Wielki Wódz Jarosław, stwierdzając, iż "minister Szczygło najwyraźniej jest jakoś słabo poinformowany". Cóż, o poziomie kompetencji Szczygły niech zaświadczy to, że jest z PiS-u; mniejsza z tym, że jest szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego, a kiedyś w rządzie pana, krytykującego go za "słabe poinformowanie", był Ministrem Obrony Narodowej. Ale przecież brat prezydenta (ach, ten brat!) zawsze wie lepiej. ZAWSZE. Stąd i szefa BBN-u może opieprzyć jak sztubaka.
W informacji, która była i zniknęła, zaciekawiło mnie jednak co innego: tytuł. "Ceremonia podpisania Traktatu Lizbońskiego w niedzielę". To już dla złożenia zwykłego podpisu pod umową międzynarodową trzeba CEREMONII? Nie wystarczy po prostu wyciągnięcie pióra i naniesienie sygnatury na tekście dokumentu? OK, rozumiem, iż jest to wyjątkowo ważna umowa międzynarodowa, ale czy potrzebne są aż takie fanfary? Jeśli podpisujący znowu chce pokazać, jaki to on nie jest ważny i ile to jego podpis nie jest wart dla Polski i Europy (czyli podleczyć kompleksy), to jemu jest to potrzebne.
I oto nastąpi to w sobotę. Pomijam już to, czy to Szczygło dał ciała z błędną informacją, czy to Lech Kaczyński nagle zmienił zdanie i przesunął termin. Dość stwierdzić, że dalej w grę wchodzi spektakl pt. "Lech Kaczyński zbawia Europę". Będzie uroczyście. Jakby nie można było podpisać w gabinecie, za biurkiem. Tylko musi to być w świetle kamer i na oczach wielkich tego świata. A przynajmniej Unii i Polski. Barroso, Buzek, Tusk, marszałkowie, premier Szwecji... patrzcie, znamienici goście, podziwiajcie ruch tej ręki i sławcie ten gest!
Gest, który kończy wielomiesięczne odwlekanie sprawy i pomijanie tematu. Przecież Lech Kaczyński odmawiał wykonania swych konstytucyjnych obowiązków, uzależniając ich spełnienie od przyszłego i niepewnego zdania wyrażonego przez kompletnie obcy podmiot. Ratyfikacja miała nastapić za zgodą Sejmu wyrażoną w formie ustawy. I ta zgoda została wyrażona i poparta przez Senat na początku kwietnia... roku 2008. PÓŁTORA ROKU trwało zasłanianie się obcym krajem; całe osiemnaście miesięcy głowa państwa wykręcała się od rzeczy, która (zdawałoby się) jest oczywista i nie powinna nastręczać mu żadnych problemów.
Prawie, bo pewien toruński radiowiec, mający dość znaczny wpływ na pewne media w Polsce i na całkiem sporą grupę wyborców, był kategorycznie przeciwny. I jak mocno nie udawano by troski o lud Zielonej Wyspy, tak prawie każdy wie, że to był tylko wykręt. Do tej pory bracia K. drżą przed redemptorystą, bo ten powie słowo i PiS traci połowę poparcia. Jednak Irlandia wycięła prezydentowi numer i poparła TL, a ściema, w myśl zasady "kto mieczem wojuje, od miecza ginie", obróciła się przeciwko swemu twórcy. A kiedy jeszcze przypomnimy sobie ten blamaż podczas negocjowania TL, kiedy to prezydent przy każdej sprawie dzwonił do brata-premiera i pytał go o zdanie (tak długo, że przywódcy UE, zniecierpliwieni i zdenerwowani rozmową z niewłaściwym Kaczyńskim, sami zadzwonili do ówczesnego premiera, pokazując w ten sposób swoje opinie na temat zdolności negocjacyjnych i autorytetu głowy polskiego państwa), kiedy przegapiono dla (ewidentnie przegranego "pierwiastka", niekorzystnego dla Polski i lansowanego głównie dla dowalenia Niemcom) ważne sprawy finansowe i kiedy prezydent (dla "udobruchania Angeli Merkel) dał sobie wcisnąć niekorzystne dla kraju limity emisji dwutlenku węgla, to wynikający z całokształtu spojrzenia na sprawę obrazek nie jest zbyt korzystny dla braci.
I stąd ta cała ceremonia, uroczystość, goście i fanfary. Po prostu głowa państwa chce na siłę coś na sprawie zyskać i przy okazji składania podpisu postawić sobie pomnik męża stanu. Niezasłużony, ale co tam, skoro powstanie. Niedawno "odzyskana" (Szwedo zamiast Farfała) TVP też pewnie sprezentuje Kaczyńskiemu istną laurkę. Skoro już naraża się on "obozowi toruńskiemu", to niech chociaż ma coś z życia i dorzuci prawdziwie solidną i wystawną cegiełkę do swej kampanii prezydenckiej. Bo przecież o nią głównie chodzi. Szkoda tylko, że za państwowe. Ale co tam, przecież jest "tanie państwo", także u prezydenta, prawda?
Tagi: polityka, polska, unia, lech kaczyński, irlandia, traktat lizboński
frustratorium 2009-10-08 21:59:08
A jakie jest TWOJE zdanie? skomentuj (2)






